Obudziłam się bardzo wcześnie jak na dzień wolny od pracy.
- Dopiero dziewiąta? - powiedziałam sama do siebie spoglądając na budzik i przeciągnęłam się.
Dziwnie się czułam bez telefonu.
Wstałam, zjadłam tosty na śniadanie i popiłam mocną, czarną kawą.
- Tego mi było trzeba. - wymruczałam cicho sama do siebie.
Czułam się wyprana z wszelkich emocji po wczorajszym dniu.
Po wydarzeniach z Leto.
W końcu postanowiłam pojechać do mechanika i zobaczyć co z moim motorem.
Założyłam przetarte jeansy, trampki i szarą koszulkę na krótki rękaw z liczbą "89" na przodzie. Związałam włosy w wysokiego kucyka i tylko delikatnie, podkreśliłam oczy tuszem do rzęs.
Nie miałam ani ochoty, ani dla kogo malować się dzisiaj.
Czasem ta perfekcjonistka, chciała być zwykłą dziewczyną o naturalnym wyglądzie.
Po oględzinach, mój motor nie nadawał się do niczego.. a raczej, naprawa wyniosłaby mnie więcej niż kupno nowego, to samo dotyczyło telefonu. Wyciągnęłam tylko kartę i po prostu z ogromnym bólem serca sprzedałam wszystko na złom... najwidoczniej znowu muszę wybrać się na "zakupy".
Przechadzałam się wzdłuż wystaw z telefonami, lecz postawiłam na czarnego koloru "niezniszczalne" Blackberry, takie jak ma Leto. Jeśli jemu służy już tyle czasu, to mnie też powinno?
Mam na myśli cały czas telefon.
Następnym moim przystankiem był salon motoryzacyjny.
Tym razem wybrałam trochę skromniejszą, czarną Yamahę R6... nawet nie taka droga, jak była kiedyś, a bynajmniej nie tak droga jak mój BYŁY motor.
Następnym krokiem było zarejestrowanie motoru i dzięki znajomościom, już wieczorem śmigałam po ulicach Los Angeles.
Najlepsza była mina ochroniarza, gdy podjechałam moim nowym "dzieckiem" pod hotel, by spytać, czy przyszła do mnie jakaś poczta.
- Nowy nabytek? - spytał skinieniem głowy wskazując na moje maleństwo.
- Ta. Poprzedni nadawał się już tylko do kasacji. - odburknęłam, choć po chwili lekki uśmiech rozkwitł na mojej twarzy.
Ochroniarz już milczał, choć zazdrość sączyła się z jego oczu jak jad.
Pewnie uważa mnie za bogatą dziewczynę, która nie ma co robić z kasą... no cóż, w pewnym sensie jest w tym trochę prawdy, ale tylko dlatego, że oszczędzam kasę i mam fajną robotę.
Podjechałam pod hotel, tym razem zawitałam tam jako gość.
- Witam, szefową. - powiedziałam z uśmiechem wchodząc do hotelu i z kaskiem w drugiej ręce.
- Cześć Van. - powiedziała sprawdzając coś. - Masz żałobę, że jesteś ubrana na czarno? - spytała, a ja spojrzałam po sobie.
Czarne rurki, bluzka, kurtka, czarne buty, czarny kask i tylko blond włosy odznaczały się na tym kontrastując z całością.
- Tak jakby... musiałam pożegnać się z moim starym motorem i telefonem. - mruknęłam pod nosem, ale widząc, że szefowa unosi wysoko brwi, natychmiast uśmiechnęłam się szeroko. - Zmiany są nieoddzielną częścią kobiet. - dodałam i puściłam pani Duo oczko, po czym postarałam się natychmiast zejść z jej pola widzenia.
- Co jest do cholery?! - usłyszałam zza drzwi wściekły głos Jareda.
Chyba moje walenie w drzwi nie było zbyt uprzejme, ale chciałam się z nim jak najszybciej zobaczyć.
- Oh, to znowu Ty? Co tym razem? - spytał, a ja uśmiechnęłam się szeroko. - Przecież mogłaś zadzwonić.
- Wiem.. w sumie, to ten.. no... - zaczęłam teatralnie jąkać się, by wyprowadzić go z równowagi.
- No mów, że! - warknął, a ja pokazałam mu język.
- Zmył mi się Twój numer i nie mogłam zadzwonić. - powiedziałam wesoło, a on wywrócił oczami. - Wpisz się. - powiedziałam wpraszając się do jego pokoju i podając mu nowiutkie Blackberry.
- Nowe cacko? - spytał z uśmiechem, a ja walnęłam się na jego łóżko.
- Nie jedyne.. wyjrzyj za okno. - powiedziałam i wskazałam mu kciukiem na okno za mną.
- O kurwa... to też twoje? - spytał, a oczy zabłysnęły mu na widok nowiutkiej Yamahy z salonu.
- No ba. Poprzedni sprzedałam na złom. Nie opłacało mi się wywalać kasę na naprawę, skoro mogę kupić sobie nowy z salonu. - powiedziałam, a on spojrzał na mnie z lekko uniesionymi brwiami.
- Skąd masz tyle hajsu? Leto wrócił i zafundował Ci prezenty? - spytał, a ja posłałam mu mordercze spojrzenie.
- Nie wkurwiaj mnie. - syknęłam, a on uśmiechnął się od ucha do ucha i podszedł do łóżka. - Jeśli on nie może być z kimś kto go okłamuje, to ja mu to ułatwię. - mruknęłam z grozą w głosie, a on nachylił się nade mną.
- Nie zna piekło furii większej, niż wściekłość kobiety zranionej.
- Jak masz na drugie imię? Nie chcę do Ciebie mówić, tak jak do Leto... macie takie same imiona. - powiedziałam krzywiąc się nieznacznie.
- Harry. - wyszeptał wisząc nade mną z czarodziejskim uśmiechem.
- Harry. - powtórzyłam, a on zniżył się jeszcze trochę tak, że nasze usta dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- Wiesz, gdybym nie darzyła Cię nienawiścią za pierwsze spotkanie, to pewnie mogłabym się w Tobie zakochać, Harry. - powiedziałam z uśmiechem i obróciłam się na bok, gdy ten chciał mnie pocałować.
- Darzysz mnie nienawiścią? - spytał powstrzymując się od śmiechu, położył się obok mnie i wodził ręką po moim ramieniu, talii, biodrze...
- Tak. Bardzo zniechęciłeś mnie do siebie. - odpowiedziałam szczerze napawając się jego dotykiem z zamkniętymi oczami.
- Mam Cię rozkochać w sobie? - wyszeptał do mojego ucha, a mnie aż ciarki przeszły.
- Przestań gadać głupoty. - odpowiedziałam czując jego ciepły oddech na moim karku i uchu.
- Myślisz, że nie potrafię? - spytał zaczepnie, a ja spojrzałam na niego przez ramię. - Daj mi jedną szansę, a pokażę Ci na co mnie stać, i... co ważniejsze, że jestem lepszy niż ON. - powiedział to z takim przekonaniem w głosie, że nie potrafiłam nie uśmiechnąć się.
- Harry. Ty nigdy nie dorównasz MU do pięt. - odpowiedziałam i obróciłam się do niego przodem.
- Założymy się? - spytał z dziarskim uśmiechem.
- Sprawisz, że będzie szalał ze wściekłości i zazdrości? - spytałam z lekkim powątpiewaniem, choć w środku szalałam z ekscytacji.
- Sprawię, że będzie chciał zabić się z zazdrości. - powiedział i skradł mi kolejny pocałunek. - Musisz tylko chcieć. - powiedział patrząc mi z bliska w oczy.
- Chcę. - powiedziałam bez zastanowienia i pewna siebie.
Wplątałam palce dłoni w jego blond włosy i dałam ponieść się namiętnym pocałunkom.
Jak wiele musiał mieć kochanek, że jest tak dobry w tym wszystkim teraz?
- Wystarczy. - powiedziałam odsuwając go od siebie na odległość rąk, gdy jego dłonie zaczynały mnie rozbierać.
- Boże... Ty to potrafisz zabić fajną atmosferę. - mruknął niezadowolony pod nosem i usiadł na krawędzi łóżka. Przeczesał dłońmi swoje włosy i spojrzał na mnie. - To co chcesz dzisiaj robić? - spytał, a ja uniosłam lekko brwi.
- Pójdziemy na udawaną randkę? - spytałam pokazując mu język, a on prychnął pod nosem.
- Próbujesz mnie uwięzić?
- Ja Ciebie? To chyba Ty mnie! - zaperzyłam się, a on się zaśmiał w ten radosny sposób, który oczarowywał mnie za każdym razem.
Chcę go rozgryźć.
- Możemy udawać parę, a potem zobaczymy efekty. - powiedział z uśmiechem, a ja podparłam się na łokciu.
- Okay. Daję Ci trzy miesiące na zdziałanie "cudów". - zarządziłam, a on machnął ręką.
- Wystarczy mi jeden miesiąc, ale przyjmuję wyzwanie.
- O 21?
- Przyjadę po Ciebie. - odpowiedział odprowadzając mnie do drzwi jego pokoju.
- Tylko nie spóźnij się. Będę czekać. - pogroziłam mu palcem przed nosem, a on oddał mi moje Blackberry.
- O to się nie martw. - szepnął i gdy przekroczyłam próg on znów wciągnął mnie na chwilę do środka całując namiętnie.
- Nie obijasz się. - zaśmiałam się i poszłam, a on po chwili odprowadzania mnie wzrokiem, zamknął z impetem drzwi.
Wsiadłam na motor i spojrzałam na listę kontaktów.
Wariat zapisał się jako "Mąż".
Uśmiechnęłam się pod nosem, włożyłam kask, włączyłam zapłon i po chwili z piskiem opon pognałam w stronę swojego apartamentu.
Wykąpałam się, zjadłam obiad, założyłam dość krótką beżową sukienkę, czarne nadkolanówki i koturny. Pofalowałam włosy, zrobiłam lekki makijaż i gdy zmieniałam kolczyki usłyszałam dzwonek domofonu.
- Halo? - powiedziałam podnosząc słuchawkę i usłyszałam głos portiera.
- Dobry wieczór. Niejaki pan Shannon Leto upiera się, że zna panią i chce koniecznie wejść. Mamy go wpuścić, czy zadzwonić po policję? - powiedział, a ja zastygłam na moment.
- Nie. Przekażcie tylko, że nie ma mnie w domu. - odpowiedziałam oschle zmrożona samą myślą o nim. O tym, że to Shannon.
- Dobrze, przekażę. - usłyszałam i rozłączyłam się.
- Tak? - powiedziałam odbierając połączenie od "Mąż". Spojrzałam na zegarek, ale było jeszcze trochę czasu do godziny 21.
- Wychodź kochanie, ochroniarz nie chce mnie wpuścić. - powiedział Harry, a ja zaśmiałam się pod nosem.
- Okay, zaraz będę. - odpowiedziałam i rozłączyłam się. Założyłam płaszcz, podeszłam do drzwi i po ostatnim spojrzeniu w lustro uśmiechnęłam się i wyszłam zamykając za sobą drzwi na klucz.
Z oddali zobaczyłam Harrego, który ruszył w moją stronę i objął mnie ramieniem.
- Hej kochanie. - powiedział całując mnie krótko w usta.
Wciąż nie mogłam do tego przywyknąć.
To było takie... inne.
Inne usta.
Inny dotyk.
Inne spojrzenia.
Inny zapach.
Inne ciepło.
Inne ciało.
Inny On.
- Hej. To gdzie idziemy? - spytałam, lecz on położył palec wskazujący na swoich ustach i delikatnym skinieniem głowy wskazał na wykłócającego się z portierem Shannona.
Nie chciałam się w to mieszać, więc po prostu przemknęliśmy się bokiem niezauważeni.
Wsiedliśmy do jego auta i spojrzeliśmy po sobie.
Uśmiechnął się tak czarująco, że musiałam popatrzeć się przed siebie.
- To gdzie jedziemy? - spytałam, a on włączył zapłon.
- To niespodzianka. - powiedział i z uśmiechem ruszył. Przez szybę oglądałam okolicę, lecz gdy włączył radio i zaczął śpiewać piosenkę, choć specjalnie trochę ją parodiował to dołączyłam do niego.
- Uczyłaś się śpiewać? - spytał, a ja spojrzałam na niego z lekko uniesionymi brwiami.
- Jasne.. pod prysznicem pod okiem bardzo surowego lustra. Super nauczyciel, nie? - odpowiedziałam całkiem poważnie i po chwili parsknęłam śmiechem, a on tylko wywrócił oczami. - Ale zacznijmy od tego, że nie umiem śpiewać.
- Pytam, bo jestem ciekawy skąd masz taką manierę jak śpiewasz. - powiedział i spojrzał na mnie.
- Nie mam bladego pojęcia o czym mówisz. - odpowiedziałam całkiem poważnie.
- To pan Leto nie przesłuchał Cię pod tym kątem?
- A niby czemu miałby to zrobić? Przecież nie byłam z nim dla sławy, ani popularności. - odpowiedziałam całkiem poważnie.
- Serio?
- Nie, kurwa.. żartuję, wiesz? - odpowiedziałam zła i skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej.
- Co Ty taka drażliwa jesteś na jego punkcie? - spytał i szturchnął mnie palcem.
Nie odzywałam się do czasu aż nagle zahamował, a ja spojrzałam na niego przestraszona.
- Wysiadaj, księżniczko. - powiedział, a ja uniosłam brwi. - Jesteśmy na miejscu.
- Kino? - spytałam krzywiąc się lekko. - Nie jesteś kreatywny. - powiedziałam i zaśmiałam się, gdy ten już naburmuszył się i powstrzymywał od złośliwego komentarza.
- Nie dziwię się, że z Tobą nie wytrzymał. - powiedział, a ja uderzyłam go w żebra z zaskoczenia, i gdy skulił się lekko to wzięłam go pod rękę.
- Wcale nie jest ze mną tak źle.. jeśli nie możesz znieść mnie kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie kiedy jestem najlepsza. - powiedziałam dumnie, a on spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Marylin Monroe?
- Powiedziała mądre słowa. - odrzekłam i weszliśmy do kina niewątpliwie ściągając uwagę co poniektórych nastolatek. - Chyba gapią się na nas... - szepnęłam mu do ucha wcześniej stając lekko na palcach.
Zastanawiało mnie tylko, dlaczego jest tu kilku fotoreporterów.
- Niech patrzą. - odpowiedział i skinął do jakiegoś faceta, by potwierdzić bilety.
- Dzisiaj jest premiera jakiegoś filmu? - spytałam, a on uniósł lekko kąciki ust. - O nie ...
- O tak... zgadnij, kto będzie na tej premierze. - powiedział, a ja zatrzymałam się, podparłam dłonie o boki i patrzyłam na niego spod brwi. - Jesteś piękna. Chodź na film.
- Harry. - warknęłam już lekko poirytowana.
- Chcesz popcorn?
- A z buta na koturnie byś nie chciał? - spytałam i obydwoje parsknęliśmy śmiechem.
- Nie uważam tego za dobry pomysł... - przyznałam się pijąc Colę ze słomki i siedząc przy jednym ze stolików z Jaredem Harrym.
- Sama tego chciałaś, więc odwal swoją część roboty, jaką przewidziałem dla Ciebie. - odpowiedział i wycelował we mnie popcornem. - Łap! - powiedział i rzucił w moją stronę.
Wiadomo, że złapałam do buzi, a co. - Brawo! - zawołał uradowany Harry, a ja podniosłam dłoń w górę i pokazałam znak zwycięstwa.
To było strasznie nudne, oczekiwanie aż wszyscy przyjadą i będziemy mogli wejść na salę.
- Nudzę się... - mruknęłam podpierając podbródek na dłoni i spoglądając po ludziach w środku.
- Wytrzymaj jeszcze chwilę, zaraz wszystko się zacznie.
- Zaraz wracam, muszę do toalety. - szepnęłam i wstałam, a on natychmiast podniósł się również z krzesła i chwycił za dłoń.
- Wróć zaraz. - szepnął i puścił mi oczko, po czym pocałował w policzek.
- Dobrze. - odpowiedziałam lekko podejrzliwie i ruszyłam w stronę toalet.
Spojrzałam w stronę wyjścia z kina, w którym ujrzałam cały zespół Thirty Seconds To Mars.
- O ja pierdolę... - szepnęłam cicho sama do siebie i spojrzałam na Harrego, który stał z cwanym uśmiechem i rękami w kieszeniach spodni.
Przeczuwam burzę z piorunami i powyrywane drzewa.
***
Obserwowałem jak znika za drzwiami toalety całkiem blada na twarzy.
Nie potrafiłem powstrzymać się od złośliwego uśmiechu kierowanego do młodszego pana Leto od momentu jego wejścia do kina. Chyba nie spodziewał się, że jego blondyneczka tak szybko znajdzie pocieszenie u kogoś innego.
Nie zamaskował do końca jego wściekłości i zaskoczenia.
Wstałem i powoli ruszyłem bliżej barierek, by zaczekać na Vanessę.
Obserwowałem jak Jared podchodzi do mnie i staje w odległości mniejszej niż dwa metry ode mnie.
- Kto Ty. - spytał cicho przez zęby, a ja wciąż stałem w rękami w kieszeniach i bezczelnym uśmiechem na ustach.
- Jej największy koszmar. - odpowiedziałem mu i obserwowałem, jak jego wyraz twarzy zmienia się, pomimo doskonałych prób maskowania się i utrzymania neutralnego wyrazu twarzy.
Roześmiał się, co lekko zbiło mnie z tropu.
- Zabawny chłopak z Ciebie, wiesz? - powiedział i posłał mi wściekłe spojrzenie. - Ostatni raz pytam. Kim jesteś? - powtórzył tak chłodno, że pod marynarką włosy stanęły mi dęba.
Ho hooo.. pan Jared Leto jest zazdrosny!
W duchu aż zapiałem z radości.
- Jared Merover, miło mi. A Ty? - spytałem głupio, a Shannon zakaszlał.
- Jared. Jared Leto. - odpowiedział mrużąc złowrogo brwi.
Gdzie ona do cholery jest?! Za chwilę będzie punkt kulminacyjny, a ona w łazience siedzi! Syczałem w myślach zły już na nią.
Oo... idzie. W końcu.
- Co tak długo? - spytałem z czarującym uśmiechem chwytając ją za dłoń i całując delikatnie w delikatne, chłodne palce.
- Musiałam odebrać połączenie. - wykręciła się, a ja tylko uśmiechnąłem się i chwyciłem ją bardzo delikatnie w idealnej talii.
- Rozumiem. - powiedziałem rozczulony jej zakłopotaniem.
Powinienem zostać aktorem.
- Cześć Van! - zawołał wesoło Tomo, a ona uśmiechnęła się niepewnie do niego.
- Cześć Tomo. - odpowiedziała cicho.
- Panowie wybaczą, ale musimy już iść. - zwróciłem się do Marsów i bez oczekiwania na ich odpowiedź, ruszyliśmy w stronę bramki zupełnie ignorując młodszego Leto, który najwidoczniej chciał coś powiedzieć.
- Nie będziemy dłużej czekać? - spytała, gdy byliśmy już wystarczająco daleko i była pewna, że nas nie usłyszą.
- Nie. Tyle na początek wystarczy. - odpowiedziałem i pocałowałem ją w skroń.
Nie czuje się z tym dobrze, widzę to po jej zachowaniu, ale... jest już za późno, żeby się wycofać.
Jeśli nie będziemy grać głównych ról, to wtedy nikt nie zapamięta naszych nazwisk.
czwartek, 15 sierpnia 2013
sobota, 3 sierpnia 2013
29. ` Lost and insecure.. you found me. `
***
Skąd we mnie było tyle pokory względem Jareda?
Dlaczego nie wybuchnęłam tak jak on, pod wpływem impulsu?
Dlaczego nie zaczęłam się wykłócać i mówić o swoich racjach?
Coś ścisnęło mój żołądek na myśl, jak potraktował mnie Jared. Na myśl o tym, że wyrósł między nami mur po opowiedzeniu mu, co się stało.
Wiem, że powinnam zadzwonić do niego w pierwszej kolejności, ale ja naprawdę nie chciałam go martwić. Nie chciałam, żeby rzucał wszystko w cholerę i jechał na zabój, by ochrzanić mnie i zabrać do domu.
Zastanawiając się nad tym wszystkim, znów pokierowałam się do pokoju Merover'a - jego pokój zostawiłam sobie na koniec.
- No siema. - powiedział J z uśmiechem spoglądając na mnie znad książki.
To on czyta książki?
- Dzień dobry. - odburknęłam, gdyż nie byłam teraz w nastroju.
- Nie bądź taka oficjalna. Nie ma tu podsłuchów. - odpowiedział i poklepał łóżko, na którym leżał w butach.
Co za typ.
Nic nie odpowiedziałam.
- Co? Sprzeczka z CHŁOPAKIEM? - spytał, a ja posłałam mu wściekłe spojrzenie. - ohohooo! - zawołał.
- Może poczekałbyś aż skończę sprzątać?! - spytałam zła, a ten tylko fuknął coś pod nosem i znów zatopił się w czytaniu.
Pościerałam meble z pedantyczną dokładnością i odstawiłam sprzęt na wózek.
Stanęłam na wprost niego.
- Usiądź pokojóweczko. - powiedział, a ja usiadłam na krześle. - Na łóżku usiądź. - zażądał, a ja zmierzyłam go surowym spojrzeniem..
- Nie będziesz mi rozkazywać. - skwitowałam, a on podniósł się do siadu.
- Czy mam Cię tu siłą położyć? - spytał zirytowany, a ja prychnęłam jak kot i uśmiechnęłam się lekko pod nosem. - Widzę, że nogi Cię już bolą od tych szpilek, więc połóż się po dobroci, albo sam Cię tu przeniosę. - dodał, lecz ja jedynie zsunęłam buty ze stóp i przeciągnęłam się.
- Mnie tu jest bardzo wygodnie. - odpowiedziałam, a on zerwał się z łóżka i w ułamek sekundy złapał mnie w pasie i przerzucił sobie przez ramię.
Nawet nie zdążyłam zareagować.
- Przytyłaś? - spytał rzucając mnie na łóżko, na co ja jęknęłam z bólu.
- Bolą mnie plecy idioto! - warknęłam czując pieczenie otarcia. J położył się obok i na nowo wziął książkę do ręki.
Boże, jaki on dziwny!
- No i co z tego? Nie trzeba było pieprzyć się w dziwnym miejscu. - odpowiedział z lekko uniesioną brwią.
- O wypraszam sobie, to nie z tego! - odpowiedziałam. Spojrzał na mnie z uniesionymi wysoko brwiami. - No i poza tym, nie kochamy się w dziwnych miejscach.. - dodałam ciszej i zaczęłam się przyglądać swoim dłoniom, lecz czując jego uporczywe spojrzenie.. popatrzyłam na niego ze zmarszczonymi srogo brwiami - no co?! - warknęłam, lecz gdy zobaczyłam, jak na jego twarzy wykwita uśmiech to nie potrafiłam "wyjść ze zdziwienia" i nie potrafiłam też uśmiechnąć się mimowolnie.
Jestem chłonna na emocje innych jak gąbka na wodę.
J zaczął się śmiać.
- Nic. - odpowiedział śmiejąc się ze mnie.
Zmieszałam się.
Już nie wiedziałam czy on jest tym wrednym chamem, który mnie molestował na pierwszym spotkaniu, czy normalnym chłopakiem, zachowującym się jak dobry kumpel.
- Mam pytanie.. - powiedziałam, a J obrócił głowę w moją stronę dalej z tym promiennym uśmiechem.
- No? - obserwowałam jego usta, które celowo zwilżył językiem i zagryzł.
- Czy Ty jesteś gejem? - spytałam, a jego twarz skamieniała i stała się zupełnie bez wyrazu.
- Czy TY sobie ze mnie KPISZ? - spytał, a ja uśmiechnęłam się szczerze.
- Ani trochę! - odpowiedziałam wesoło, a on palcami złapał moje policzki i naciągnął, tak jak babcie robią swoim wnukom. - To bolyy-y*! (* to boli) - powiedziałam łapiąc go za nadgarstki i próbując odciągnąć jego dłonie od mojej twarzy.
- I ma boleć! - powiedział z zaciętą miną, po czym puścił i założył ręce na klatce piersiowej. - Skąd Ci w ogóle taki głupi pomysł przyszedł do głowy?! - spytał rozzłoszczony, a ja zaśmiałam się cicho.
- Bo BARDZO dbasz o siebie, o swój wygląd, bo dziwnie się do mnie uśmiechasz i Twoje nastawienie do mnie bardzo się zmieniło. - odpowiedziałam wyliczając na palcach. - Wyliczać dalej? - spytałam całkiem serio, a on machnął ręką.
- Nie trzeba. - odpowiedział i zamilknął, więc korzystając z ciszy zaczęłam wgapiać się z sufit.
- Szalenie wygodne są te łóżka.. - powiedziałam sunąć dłońmi po pościeli.
- A żebyś wiedziała. - powiedział już łagodniej - to co się między wami stało?
- Między kim? - spytałam udając, że nie wiem o co chodzi.
- No między Tobą, a tym frontmanem.. nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi.
- Powiedziałam mu prawdę.
- Prawdę o czym? - spytał zaciekawiony.
Ahh, więc wielki pan wschodzący gwiazdor jest ciekawski!
- O wczorajszym wypadku.
- Wypadku? - spytał jakby nie dowierzając, a ja westchnęłam ciężko.
- Ta. Mam siniaki, jestem cała poobijana i zdarłam sobie trochę skórę, ale ogólnie to nic mi się nie stało. - odpowiedziałam wywracając teatralnie oczami.
- Ah, więc to dlatego masz dzisiaj czarne nadkolanówki.. - wymruczał i położył dłoń na moim kolanie sunąc w górę, wzdłuż uda.
- Przestań, to nie jest śmieszne. - powiedziałam strącając jego dłoń.
- Dobra, dobra. Tylko drażnię się z Tobą. - odpowiedział zakładając ręce za głowę i patrząc w sufit. - Nie. Nie jestem gejem. Powybijałbym wszystkich gejów.
- Mam kolejne pytanie.. - powiedziałam, a on spojrzał na mnie zaciekawiony.
- No?
- Ale odpowiedz szczerze.. - powiedziałam ciszej, a J wywrócił oczami.
- O Boże... tylko nie pytaj mnie o miłość, i czy Cię kocham. - powiedział, a ja zaśmiałam się.
- Nie. Nie.. nie o to chciałam spytać. - odpowiedziałam ze śmiechem patrząc mi w oczy - dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
I na moim pytaniu się zakończyło. Odpowiedzi nie dostałam, a on znów zamknął się w sobie i stał się niedostępny.
Alarm w telefonie powiadomił mnie, że jest już 19:55, więc poklepałam go przyjacielsko po ramieniu i wstałam.
- Dzięki. - mruknęłam, poprawiając strój i włosy, po czym wsunęłam stopy w te cholerne buty, które obcierały niemiłosiernie i skierowałam się do wyjścia wraz z wózkiem ze sprzętem. - ` Don't bury me..
Don't lay me down.
Don't say "it's over"...
Cause that would send me under..
Underneath the ground. ` - zaczęłam śpiewać cicho pod nosem i wyszłam z pokoju.
Nic nie powiedział, gdy zamykałam za sobą drzwi.
Znów przebierałam się w przebieralni, gdy dziewczyn nie było w pobliżu.
Bałam się ich reakcji na widok mojego poturbowanego ciała.
Powiał chłodny wiatr, gdy wyszłam z hotelu i objęłam się ramionami, czekałam chwilę na Jareda, lecz gdy nie pojawił się do 20:30 ruszyłam w stronę miasta.
Dawno nie byłam na zakupach.
Przeszłam się po kilku sklepach i wracałam do domu z nowym, czarnym płaszczem, butami na koturnach i zakupami z warzywniaka.
Jutro mam dzień wolny, więc może pójdziemy na jakąś randkę z Jaredem?
Nie.
On chyba nie będzie miał czasu.
Pracują teraz nad nową płytą.
Powiedziałam sobie w głowie i gdy spojrzałam w stronę drzwi wejściowych, zobaczyłam Jareda, siedzącego na podłodze i plecami opartego o drzwi, spoglądającego na mnie gniewnie.
O co mu znowu chodzi?!
- Hej. - szepnęłam stając na wprost niego.
- Nie czekałaś na mnie. - stwierdził wstając spod drzwi.
- Nie przyjechałeś na czas, ani pół godziny później. - również skwitowałam, a na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.
- Jest już prawie 22.
- Byłam na zakupach. - powiedziałam i zakołysałam mu zakupami przed nosem.
Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. - Wchodzisz, czy masz zamiar pilnować drzwi? - spytałam lekko kąśliwe, lecz on wszedł i zamknął za sobą drzwi.
Panowała okropna atmosfera w domu, aż źle się z tym czułam.
Rzuciłam torbę z nowym zakupem do garderoby, a reklamówkę z żywnością zaniosłam do kuchni.
Jared oparł się o framugę drzwi i stał, w płaszczu i butach oficerskich.
Coś go trapiło, a ja zaczynałam się bać, tego co miało zaraz nastąpić...
Zostawiłam wszystko co robiłam i spojrzałam na niego.
Nic nie mówił.
Osunęłam się plecami po meblach na podłogę, przetarłam dłońmi zmęczoną twarz i spojrzałam na niego wyczekująco.
- Powiesz mi o co Ci chodzi? Co się dzieje? - spytałam, lecz on stał dalej z obojętną miną. - Dlaczego mi to robisz? - spytałam też już zmęczona tą sytuacją.
- Vanessa, nie okłamuj mnie.
- Co? - spytałam, a on podszedł do mnie powoli, przykucnął przede mną i położył swoje dłonie na moich kolanach.
- Nie okłamuj mnie więcej... - powiedział gładząc dłonią lekko po policzku. Spojrzałam na niego z totalnym brakiem zrozumienia i dezorientacją. - Nie mogę być z kimś, kto nie mówi mi prawdy. - powiedział i pocałował mnie w czoło.
Chciał odejść, czułam to.
- Jared! - zawołałam z przerażeniem i chwyciłam go za dłoń, gdy chciał wstać i odejść.
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Muszę już iść. - powiedział wysilając się na słaby uśmiech, który po chwili zniknął z jego twarzy.
- Odpowiem na każde Twoje pytanie..! - krzyknęłam za nim z desperacją w głosie i przerażeniem, gdy zniknął mi z pola widzenia i skierował swoje kroki do wyjścia - tylko nie zostawiaj mnie teraz.. - powiedziałam już ciszej ze łzami spływającymi mi po policzkach, lecz w odpowiedzi usłyszałam tylko dźwięk zamykanych za nim drzwi.
Wyszedł, a ja poczułam, jak ogarnął mnie przeraźliwy chłód.
Zaczęłam się strząść i płakać jak małe dziecko.. teraz to we mnie coś pękło.
Bez większego zastanowienia, po trzydziestu minutach zmarnowanych na wylewaniu łez - wstałam.
Weszłam do łazienki, zmyłam makijaż i po chwili wyszłam z domu w sweterku i adidasach.
Po dość długim czasie tłuczenia się miejskim transportem weszłam do hotelu i skierowałam się prosto do Jego pokoju.
Zapukałam trzy razy.
Otworzył mi z okularami do czytania na nosie, wysoko uniesionymi brwiami, boso i bez koszulki.
- Co Ty tu robisz o tej porze? - spytał, gdy ja walczyłam z drżącą wargą ust i powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem.
- Mogę wejść? - spytałam. J stanął przy drzwiach robiąc mi przejście, rozejrzał się po korytarzu i zamknął za mną drzwi.
Weszłam niepewnie do środka rozglądają się, jakbym pierwszy raz tu była i pocierałam dłońmi swoje ramiona z zimna.
- Co się stało? - spytał stając na wprost mnie.
Chciałam mu opowiedzieć, lecz wyciągnęłam tylko ręce w jego stronę i przytuliłam się do jego torsu płacząc, a on nie drgnął. Stał jak słup soli.
***
Dopiero po jakimś czasie z jej bełkotu pomiędzy salwami płaczu i pociągania nosem zrozumiałem, że Leto powiedział coś o tym, że nie może być z nią, bo go okłamuje i że zostawił ją.
Nie potrafi zostawiać dziewczyn z klasą, tylko jak jakiś prostak?
- Będzie dobrze. - bąknąłem cicho pod nosem i pogłaskałem ją po głowie. Uniosła głowę do góry, by spojrzeć jej w oczy.
BOŻE.. jaka ona jest teraz bezbronna.
Będąc przekonany, że jest jak każda inna zacząłem powoli i delikatnie całować ją po skroni. Kierowałem nas w stronę łóżka, a gdy stałem do niego plecami i chciałem ją pocałować w usta-ona odepchnęła mnie tak, że runąłem plecami na miękki materac.
- Jednak jesteś świnią. - skwitowała ze wściekłością w oczach.
Oh, czyżbym się pomylił?
Usiadła na fotelu podciągając kolana pod brodę.
- Sorry, myślałem, że chcesz. - powiedziałem i nie zdążyłem ugryźć się w język.
Spojrzała na mnie z pogardą.
- To, że wynikła taka sytuacja między mną, a nim, nie znaczy, że zaraz polecę do innego, żeby z nim się pieprzyć! Chciałam tylko z kimś pogadać. - warknęłam rozzłoszczona i zaczęła chodzić po całym pokoju.
- To dlaczego nie poszłaś do Tom'a? Przecież jest twoim "dobrym przyjacielem". - powiedziałem lekko zgryźliwie, a ona zatrzymała się i spojrzała na mnie zdziwiona. - No?
- To jest dobre pytanie.. - wymruczała i pogładziła palcami swoją szyję. - I znam na to pytanie odpowiedź.
- No? - spytałem będąc ciekaw, cóż to ona wymyśliła.
- Ty nic do mnie nie czujesz, nie muszę się obawiać, że cokolwiek powiem, może Cię urazić. - odpowiedziała, a ja uderzyłem się z otwartej dłoni w twarz.
Zacząłem się śmiać.
- Czy Ty mnie serio traktujesz jak geja? - spytałem patrząc na nią z niedowierzaniem. Wzruszyła ramionami. - Przecież doskonale wiesz, że mogę zgwałcić Cię, jeśli będę miał taką ochotę.
- A masz taką ochotę? - spytała unosząc brew.
Kurwa.
- Nie. - odpowiedziałem szczerze i dziwiłem się sam sobie, że ona tak łatwo odblokowuje moje emocje!
Tego się właśnie bałem.
Nastąpiła chwila ciszy.
***
- Tak przyjechałaś motorem? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
- Mój motor jest w naprawie.. przyjechałam komunikacją miejską. - wysyczałam przez zęby z pogardą na dwa ostatnie słowa. To coś okropnego, w jakim jest to stanie.
- Oszalałaś? Chcesz się przeziębić? - spytał z szeroko otwartymi oczami.
- Nie, ale dzięki, że mnie wysłuchałeś. Zboczeńcu. - powiedziałam z uśmiechem i znaczną ulgą, po czym ruszyłam w stronę drzwi.
- Głupia. - powiedział i cisnął swoją bluzą we mnie. - Jak zamierzasz iść tak ubrana, to lepiej załóż to.. - mruknął, a ja odrzuciłam jego bluzę z powrotem.
- Nie zamierzam być Ci nic dłużna. - powiedziałam dumnie i otworzyłam drzwi.
- To czekaj chwilę, podwiozę Cię. - warknął i zamknął dłonią drzwi, po czym zniknął w innym pomieszczeniu w poszukiwaniu reszty ubrań.
- Chodź. - powiedział po chwili już ubrany i wyperfumowany. Otworzył przede mną drzwi.
- Dzięki. - powiedziałam, gdy znaleźliśmy się pod apartamentowcem.
- Ty tu mieszkasz? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
- No co? Zarabiam to mogę w takim mieszkać. - odpowiedziałam i odpięłam pasy bezpieczeństwa. - Dasz mi swój numer? - spytałam, a on zmarszczył brwi.
- Po co?
- Będę wysyłać Ci erotyczne wiadomości o 4 nad ranem, wiesz? - odpowiedziałam pytaniem na jego pytanie i wywróciłam oczami. - Na wszelki wypadek. - dodałam, gdy na jego usta wśliznął się głupi uśmiech.
- Dobra. - powiedział i napisał mi go na ręce. - Tylko nie dzwoń z byle głupotą. - dodał z dziarskim uśmiechem, nachylając się w moją stronę.
-Grabisz sobie. - wyszeptałam do jego ust.
- To za fatygę. - powiedział i pocałował w usta.
- Do zobaczenia, geju! - zawołałam wesoło, trzasnęłam drzwiami od strony pasażera.
Pokazałam mu język, gdy on odgrażał mi się pięścią w aucie.
Weszłam po raz kolejny do holu i tym razem, powiedziałam w recepcji i do ochroniarza, że gdyby przyszedł ktoś o nazwisku Leto, to żeby mówili, że nie ma mnie w mieszkaniu, że "wyszłam".
- Jeśli naprawdę nie możesz być z kimś, kto nie mówi Ci prawdy.. dobrze. Ułatwię Ci to. - powiedziałam ze łzami w oczach i złością do zdjęcia Jareda z jego autografem, po czym podarłam je na kawałki, wrzuciłam do białej koperty i schowałam między strony książki.
Niech tak będzie.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Fragment piosenki Alex Hepburn - Under
Tytuł rozdziału z fragmentu piosenki The Fray - You found me
Skąd we mnie było tyle pokory względem Jareda?
Dlaczego nie wybuchnęłam tak jak on, pod wpływem impulsu?
Dlaczego nie zaczęłam się wykłócać i mówić o swoich racjach?
Coś ścisnęło mój żołądek na myśl, jak potraktował mnie Jared. Na myśl o tym, że wyrósł między nami mur po opowiedzeniu mu, co się stało.
Wiem, że powinnam zadzwonić do niego w pierwszej kolejności, ale ja naprawdę nie chciałam go martwić. Nie chciałam, żeby rzucał wszystko w cholerę i jechał na zabój, by ochrzanić mnie i zabrać do domu.
Zastanawiając się nad tym wszystkim, znów pokierowałam się do pokoju Merover'a - jego pokój zostawiłam sobie na koniec.
- No siema. - powiedział J z uśmiechem spoglądając na mnie znad książki.
To on czyta książki?
- Dzień dobry. - odburknęłam, gdyż nie byłam teraz w nastroju.
- Nie bądź taka oficjalna. Nie ma tu podsłuchów. - odpowiedział i poklepał łóżko, na którym leżał w butach.
Co za typ.
Nic nie odpowiedziałam.
- Co? Sprzeczka z CHŁOPAKIEM? - spytał, a ja posłałam mu wściekłe spojrzenie. - ohohooo! - zawołał.
- Może poczekałbyś aż skończę sprzątać?! - spytałam zła, a ten tylko fuknął coś pod nosem i znów zatopił się w czytaniu.
Pościerałam meble z pedantyczną dokładnością i odstawiłam sprzęt na wózek.
Stanęłam na wprost niego.
- Usiądź pokojóweczko. - powiedział, a ja usiadłam na krześle. - Na łóżku usiądź. - zażądał, a ja zmierzyłam go surowym spojrzeniem..
- Nie będziesz mi rozkazywać. - skwitowałam, a on podniósł się do siadu.
- Czy mam Cię tu siłą położyć? - spytał zirytowany, a ja prychnęłam jak kot i uśmiechnęłam się lekko pod nosem. - Widzę, że nogi Cię już bolą od tych szpilek, więc połóż się po dobroci, albo sam Cię tu przeniosę. - dodał, lecz ja jedynie zsunęłam buty ze stóp i przeciągnęłam się.
- Mnie tu jest bardzo wygodnie. - odpowiedziałam, a on zerwał się z łóżka i w ułamek sekundy złapał mnie w pasie i przerzucił sobie przez ramię.
Nawet nie zdążyłam zareagować.
- Przytyłaś? - spytał rzucając mnie na łóżko, na co ja jęknęłam z bólu.
- Bolą mnie plecy idioto! - warknęłam czując pieczenie otarcia. J położył się obok i na nowo wziął książkę do ręki.
Boże, jaki on dziwny!
- No i co z tego? Nie trzeba było pieprzyć się w dziwnym miejscu. - odpowiedział z lekko uniesioną brwią.
- O wypraszam sobie, to nie z tego! - odpowiedziałam. Spojrzał na mnie z uniesionymi wysoko brwiami. - No i poza tym, nie kochamy się w dziwnych miejscach.. - dodałam ciszej i zaczęłam się przyglądać swoim dłoniom, lecz czując jego uporczywe spojrzenie.. popatrzyłam na niego ze zmarszczonymi srogo brwiami - no co?! - warknęłam, lecz gdy zobaczyłam, jak na jego twarzy wykwita uśmiech to nie potrafiłam "wyjść ze zdziwienia" i nie potrafiłam też uśmiechnąć się mimowolnie.
Jestem chłonna na emocje innych jak gąbka na wodę.
J zaczął się śmiać.
- Nic. - odpowiedział śmiejąc się ze mnie.
Zmieszałam się.
Już nie wiedziałam czy on jest tym wrednym chamem, który mnie molestował na pierwszym spotkaniu, czy normalnym chłopakiem, zachowującym się jak dobry kumpel.
- Mam pytanie.. - powiedziałam, a J obrócił głowę w moją stronę dalej z tym promiennym uśmiechem.
- No? - obserwowałam jego usta, które celowo zwilżył językiem i zagryzł.
- Czy Ty jesteś gejem? - spytałam, a jego twarz skamieniała i stała się zupełnie bez wyrazu.
- Czy TY sobie ze mnie KPISZ? - spytał, a ja uśmiechnęłam się szczerze.
- Ani trochę! - odpowiedziałam wesoło, a on palcami złapał moje policzki i naciągnął, tak jak babcie robią swoim wnukom. - To bolyy-y*! (* to boli) - powiedziałam łapiąc go za nadgarstki i próbując odciągnąć jego dłonie od mojej twarzy.
- I ma boleć! - powiedział z zaciętą miną, po czym puścił i założył ręce na klatce piersiowej. - Skąd Ci w ogóle taki głupi pomysł przyszedł do głowy?! - spytał rozzłoszczony, a ja zaśmiałam się cicho.
- Bo BARDZO dbasz o siebie, o swój wygląd, bo dziwnie się do mnie uśmiechasz i Twoje nastawienie do mnie bardzo się zmieniło. - odpowiedziałam wyliczając na palcach. - Wyliczać dalej? - spytałam całkiem serio, a on machnął ręką.
- Nie trzeba. - odpowiedział i zamilknął, więc korzystając z ciszy zaczęłam wgapiać się z sufit.
- Szalenie wygodne są te łóżka.. - powiedziałam sunąć dłońmi po pościeli.
- A żebyś wiedziała. - powiedział już łagodniej - to co się między wami stało?
- Między kim? - spytałam udając, że nie wiem o co chodzi.
- No między Tobą, a tym frontmanem.. nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi.
- Powiedziałam mu prawdę.
- Prawdę o czym? - spytał zaciekawiony.
Ahh, więc wielki pan wschodzący gwiazdor jest ciekawski!
- O wczorajszym wypadku.
- Wypadku? - spytał jakby nie dowierzając, a ja westchnęłam ciężko.
- Ta. Mam siniaki, jestem cała poobijana i zdarłam sobie trochę skórę, ale ogólnie to nic mi się nie stało. - odpowiedziałam wywracając teatralnie oczami.
- Ah, więc to dlatego masz dzisiaj czarne nadkolanówki.. - wymruczał i położył dłoń na moim kolanie sunąc w górę, wzdłuż uda.
- Przestań, to nie jest śmieszne. - powiedziałam strącając jego dłoń.
- Dobra, dobra. Tylko drażnię się z Tobą. - odpowiedział zakładając ręce za głowę i patrząc w sufit. - Nie. Nie jestem gejem. Powybijałbym wszystkich gejów.
- Mam kolejne pytanie.. - powiedziałam, a on spojrzał na mnie zaciekawiony.
- No?
- Ale odpowiedz szczerze.. - powiedziałam ciszej, a J wywrócił oczami.
- O Boże... tylko nie pytaj mnie o miłość, i czy Cię kocham. - powiedział, a ja zaśmiałam się.
- Nie. Nie.. nie o to chciałam spytać. - odpowiedziałam ze śmiechem patrząc mi w oczy - dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
I na moim pytaniu się zakończyło. Odpowiedzi nie dostałam, a on znów zamknął się w sobie i stał się niedostępny.
Alarm w telefonie powiadomił mnie, że jest już 19:55, więc poklepałam go przyjacielsko po ramieniu i wstałam.
- Dzięki. - mruknęłam, poprawiając strój i włosy, po czym wsunęłam stopy w te cholerne buty, które obcierały niemiłosiernie i skierowałam się do wyjścia wraz z wózkiem ze sprzętem. - ` Don't bury me..
Don't lay me down.
Don't say "it's over"...
Cause that would send me under..
Underneath the ground. ` - zaczęłam śpiewać cicho pod nosem i wyszłam z pokoju.
Nic nie powiedział, gdy zamykałam za sobą drzwi.
Znów przebierałam się w przebieralni, gdy dziewczyn nie było w pobliżu.
Bałam się ich reakcji na widok mojego poturbowanego ciała.
Powiał chłodny wiatr, gdy wyszłam z hotelu i objęłam się ramionami, czekałam chwilę na Jareda, lecz gdy nie pojawił się do 20:30 ruszyłam w stronę miasta.
Dawno nie byłam na zakupach.
Przeszłam się po kilku sklepach i wracałam do domu z nowym, czarnym płaszczem, butami na koturnach i zakupami z warzywniaka.
Jutro mam dzień wolny, więc może pójdziemy na jakąś randkę z Jaredem?
Nie.
On chyba nie będzie miał czasu.
Pracują teraz nad nową płytą.
Powiedziałam sobie w głowie i gdy spojrzałam w stronę drzwi wejściowych, zobaczyłam Jareda, siedzącego na podłodze i plecami opartego o drzwi, spoglądającego na mnie gniewnie.
O co mu znowu chodzi?!
- Hej. - szepnęłam stając na wprost niego.
- Nie czekałaś na mnie. - stwierdził wstając spod drzwi.
- Nie przyjechałeś na czas, ani pół godziny później. - również skwitowałam, a na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.
- Jest już prawie 22.
- Byłam na zakupach. - powiedziałam i zakołysałam mu zakupami przed nosem.
Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. - Wchodzisz, czy masz zamiar pilnować drzwi? - spytałam lekko kąśliwe, lecz on wszedł i zamknął za sobą drzwi.
Panowała okropna atmosfera w domu, aż źle się z tym czułam.
Rzuciłam torbę z nowym zakupem do garderoby, a reklamówkę z żywnością zaniosłam do kuchni.
Jared oparł się o framugę drzwi i stał, w płaszczu i butach oficerskich.
Coś go trapiło, a ja zaczynałam się bać, tego co miało zaraz nastąpić...
Zostawiłam wszystko co robiłam i spojrzałam na niego.
Nic nie mówił.
Osunęłam się plecami po meblach na podłogę, przetarłam dłońmi zmęczoną twarz i spojrzałam na niego wyczekująco.
- Powiesz mi o co Ci chodzi? Co się dzieje? - spytałam, lecz on stał dalej z obojętną miną. - Dlaczego mi to robisz? - spytałam też już zmęczona tą sytuacją.
- Vanessa, nie okłamuj mnie.
- Co? - spytałam, a on podszedł do mnie powoli, przykucnął przede mną i położył swoje dłonie na moich kolanach.
- Nie okłamuj mnie więcej... - powiedział gładząc dłonią lekko po policzku. Spojrzałam na niego z totalnym brakiem zrozumienia i dezorientacją. - Nie mogę być z kimś, kto nie mówi mi prawdy. - powiedział i pocałował mnie w czoło.
Chciał odejść, czułam to.
- Jared! - zawołałam z przerażeniem i chwyciłam go za dłoń, gdy chciał wstać i odejść.
Uśmiechnął się przepraszająco.
- Muszę już iść. - powiedział wysilając się na słaby uśmiech, który po chwili zniknął z jego twarzy.
- Odpowiem na każde Twoje pytanie..! - krzyknęłam za nim z desperacją w głosie i przerażeniem, gdy zniknął mi z pola widzenia i skierował swoje kroki do wyjścia - tylko nie zostawiaj mnie teraz.. - powiedziałam już ciszej ze łzami spływającymi mi po policzkach, lecz w odpowiedzi usłyszałam tylko dźwięk zamykanych za nim drzwi.
Wyszedł, a ja poczułam, jak ogarnął mnie przeraźliwy chłód.
Zaczęłam się strząść i płakać jak małe dziecko.. teraz to we mnie coś pękło.
Bez większego zastanowienia, po trzydziestu minutach zmarnowanych na wylewaniu łez - wstałam.
Weszłam do łazienki, zmyłam makijaż i po chwili wyszłam z domu w sweterku i adidasach.
Po dość długim czasie tłuczenia się miejskim transportem weszłam do hotelu i skierowałam się prosto do Jego pokoju.
Zapukałam trzy razy.
Otworzył mi z okularami do czytania na nosie, wysoko uniesionymi brwiami, boso i bez koszulki.
- Co Ty tu robisz o tej porze? - spytał, gdy ja walczyłam z drżącą wargą ust i powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem.
- Mogę wejść? - spytałam. J stanął przy drzwiach robiąc mi przejście, rozejrzał się po korytarzu i zamknął za mną drzwi.
Weszłam niepewnie do środka rozglądają się, jakbym pierwszy raz tu była i pocierałam dłońmi swoje ramiona z zimna.
- Co się stało? - spytał stając na wprost mnie.
Chciałam mu opowiedzieć, lecz wyciągnęłam tylko ręce w jego stronę i przytuliłam się do jego torsu płacząc, a on nie drgnął. Stał jak słup soli.
***
Dopiero po jakimś czasie z jej bełkotu pomiędzy salwami płaczu i pociągania nosem zrozumiałem, że Leto powiedział coś o tym, że nie może być z nią, bo go okłamuje i że zostawił ją.
Nie potrafi zostawiać dziewczyn z klasą, tylko jak jakiś prostak?
- Będzie dobrze. - bąknąłem cicho pod nosem i pogłaskałem ją po głowie. Uniosła głowę do góry, by spojrzeć jej w oczy.
BOŻE.. jaka ona jest teraz bezbronna.
Będąc przekonany, że jest jak każda inna zacząłem powoli i delikatnie całować ją po skroni. Kierowałem nas w stronę łóżka, a gdy stałem do niego plecami i chciałem ją pocałować w usta-ona odepchnęła mnie tak, że runąłem plecami na miękki materac.
- Jednak jesteś świnią. - skwitowała ze wściekłością w oczach.
Oh, czyżbym się pomylił?
Usiadła na fotelu podciągając kolana pod brodę.
- Sorry, myślałem, że chcesz. - powiedziałem i nie zdążyłem ugryźć się w język.
Spojrzała na mnie z pogardą.
- To, że wynikła taka sytuacja między mną, a nim, nie znaczy, że zaraz polecę do innego, żeby z nim się pieprzyć! Chciałam tylko z kimś pogadać. - warknęłam rozzłoszczona i zaczęła chodzić po całym pokoju.
- To dlaczego nie poszłaś do Tom'a? Przecież jest twoim "dobrym przyjacielem". - powiedziałem lekko zgryźliwie, a ona zatrzymała się i spojrzała na mnie zdziwiona. - No?
- To jest dobre pytanie.. - wymruczała i pogładziła palcami swoją szyję. - I znam na to pytanie odpowiedź.
- No? - spytałem będąc ciekaw, cóż to ona wymyśliła.
- Ty nic do mnie nie czujesz, nie muszę się obawiać, że cokolwiek powiem, może Cię urazić. - odpowiedziała, a ja uderzyłem się z otwartej dłoni w twarz.
Zacząłem się śmiać.
- Czy Ty mnie serio traktujesz jak geja? - spytałem patrząc na nią z niedowierzaniem. Wzruszyła ramionami. - Przecież doskonale wiesz, że mogę zgwałcić Cię, jeśli będę miał taką ochotę.
- A masz taką ochotę? - spytała unosząc brew.
Kurwa.
- Nie. - odpowiedziałem szczerze i dziwiłem się sam sobie, że ona tak łatwo odblokowuje moje emocje!
Tego się właśnie bałem.
Nastąpiła chwila ciszy.
***
- Tak przyjechałaś motorem? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
- Mój motor jest w naprawie.. przyjechałam komunikacją miejską. - wysyczałam przez zęby z pogardą na dwa ostatnie słowa. To coś okropnego, w jakim jest to stanie.
- Oszalałaś? Chcesz się przeziębić? - spytał z szeroko otwartymi oczami.
- Nie, ale dzięki, że mnie wysłuchałeś. Zboczeńcu. - powiedziałam z uśmiechem i znaczną ulgą, po czym ruszyłam w stronę drzwi.
- Głupia. - powiedział i cisnął swoją bluzą we mnie. - Jak zamierzasz iść tak ubrana, to lepiej załóż to.. - mruknął, a ja odrzuciłam jego bluzę z powrotem.
- Nie zamierzam być Ci nic dłużna. - powiedziałam dumnie i otworzyłam drzwi.
- To czekaj chwilę, podwiozę Cię. - warknął i zamknął dłonią drzwi, po czym zniknął w innym pomieszczeniu w poszukiwaniu reszty ubrań.
- Chodź. - powiedział po chwili już ubrany i wyperfumowany. Otworzył przede mną drzwi.
- Dzięki. - powiedziałam, gdy znaleźliśmy się pod apartamentowcem.
- Ty tu mieszkasz? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
- No co? Zarabiam to mogę w takim mieszkać. - odpowiedziałam i odpięłam pasy bezpieczeństwa. - Dasz mi swój numer? - spytałam, a on zmarszczył brwi.
- Po co?
- Będę wysyłać Ci erotyczne wiadomości o 4 nad ranem, wiesz? - odpowiedziałam pytaniem na jego pytanie i wywróciłam oczami. - Na wszelki wypadek. - dodałam, gdy na jego usta wśliznął się głupi uśmiech.
- Dobra. - powiedział i napisał mi go na ręce. - Tylko nie dzwoń z byle głupotą. - dodał z dziarskim uśmiechem, nachylając się w moją stronę.
-Grabisz sobie. - wyszeptałam do jego ust.
- To za fatygę. - powiedział i pocałował w usta.
- Do zobaczenia, geju! - zawołałam wesoło, trzasnęłam drzwiami od strony pasażera.
Pokazałam mu język, gdy on odgrażał mi się pięścią w aucie.
Weszłam po raz kolejny do holu i tym razem, powiedziałam w recepcji i do ochroniarza, że gdyby przyszedł ktoś o nazwisku Leto, to żeby mówili, że nie ma mnie w mieszkaniu, że "wyszłam".
- Jeśli naprawdę nie możesz być z kimś, kto nie mówi Ci prawdy.. dobrze. Ułatwię Ci to. - powiedziałam ze łzami w oczach i złością do zdjęcia Jareda z jego autografem, po czym podarłam je na kawałki, wrzuciłam do białej koperty i schowałam między strony książki.
Niech tak będzie.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Fragment piosenki Alex Hepburn - Under
Tytuł rozdziału z fragmentu piosenki The Fray - You found me
niedziela, 28 lipca 2013
28. Autumn, please be good to me.
- O kurwa.. - szepnęłam stając na szczycie skarpy, z której spadłam.
Zdjęłam kask z głowy i upuściłam go na ziemię.
Podpierałam dłonie na bokach i patrzyłam z niedowierzaniem.
Motor leżał dobre 10 metrów w dole, cały zakurzony z ziemi.
- Moje biedne maleństwo... - jęknęłam z rozpaczą przypatrując się i szacując w jakim stanie jest moja kilkuletnia maszyna.
Zaczęłam poszukiwania mojego telefonu, który - po znalezieniu - wydawał się być totalnie niszczony.
Zastanawiałam się do kogo zadzwonić.. chciałam wybrać numer do Jareda albo Shannona, ale wiem, że zaczęliby panikować i odchodzić od zmysłów, gdybym im powiedziała, że spadłam motorem ze skarpy.. zjawiliby się natychmiast, ale dostałabym opieprz i On na pewno, by powiedział.. a raczej wykrzyczał "a nie mówiłem?!".
Westchnęłam ciężko.
- Halo? - usłyszałam.
Przełknęłam ciężko ślinę.
- Tom? - spytałam niepewnie, a po drugiej stronie usłyszałam ziewnięcie.
- Przy telefonie. - odpowiedział lekko zaspanym głosem.
Chyba go obudziłam.
- Tu Vanessa.. - szepnęłam, usłyszałam jak poderwał się z łóżka i usiadł prawdopodobnie na jego krawędzi.
- Co się stało, że dzwonisz o tej porze? - spytał już wyraźnie, a ja spojrzałam z żalem na moją maszynę.
- Słuchaj... masz może teraz czas, żeby mnie skądś teraz odebrać? - spytałam cicho z duszą na ramieniu.
- Nie no jasne. Gdzie jesteś?
- Jakieś dwa kilometry od Wzgórz Hollywood... wszystko wyjaśnię ci na miejscu, tylko proszę.. nie pytaj teraz o nic. - poprosiłam i usiadłam na ziemi.
- No okay. Zaraz będę. - odpowiedział niepewnie i rozłączył się.
Leżałam na plecach i patrzyłam w rozgwieżdżone niebo już od dobrych trzydziestu minut, gdy usłyszałam warkot nadjeżdżającego auta. Telefon odrzuciłam na bok, bo po rozmowie z Tom'em wyłączył się i nie chciał się już włączyć.
No tak.. pęknięty wyświetlacz z dużym wgnieceniem w obudowie.
Czego się spodziewać?
Że jak powiem "Abra kadabra!" to telefon sam się naprawi? Oh, please.
- Moje wybawienie. - mruknęłam pod nosem widząc, jak samochód się zatrzymuje i wysiada z niego Tom. - Cześć. - powiedziałam beztrosko podnosząc rękę w górę i uśmiechając się szeroko. - Co tam?
- Co tam? - spytał lekko zszokowany. - Co Ty tu robisz sama? I dlaczego leżysz na ziemi? - spytał nie wiedząc, czy żartuję sobie z niego, czy to co odstawiam jest na poważnie.
- Tak szczerze to nogi mnie rozbolały od ciągłego stania i czekania na Ciebie, więc najpierw usiadłam, a potem położyłam się. - odpowiedziałam szczerze, a on zmarszczył brwi.
- Nie o to mi chodzi. Pytam dlaczego tu jesteś? Gdzie Twój motor? - spytał wskazując skinieniem głowy na kask.
- Aa.. właśnie. Mam taki... mały problem.
- To znaczy? - spytał, a ja podeszłam do krawędzi skarpy i popatrzyłam w dół. Tom poszedł za mną, i gdy zobaczył moje maleństwo złapał się za głowę.
- O BOŻE.. coś Ty zrobiła?! Nic Ci się nie stało?! - pytał, a ja nie wiedziałam czy jest bardziej wkurzony czy zszokowany.
- Nic mi nie jest.. ale przyda się, żeby ktoś wyciągnął mój motor stamtąd.. - mruknęłam, a Tom oddalił się, wyciągnął telefon i zadzwonił po kogoś.
Po chwili wrócił już odrobinę spokojniejszy.
- Kobieto. Czy Ty rozumiesz co się stało?
- No w sumie to tak. - odpowiedziałam i rozejrzałam się dookoła. - za szybko jechałam motorem, nie wyrobiłam się na zakręcie, spadłam ze skarpy, wyszłam na górę.. ale ogólnie nic się nie stało. - odpowiedziałam po "oględzinach", ale chyba jeszcze nie docierało do mnie to co się stało.
- Dzięki Bogu nic Ci się nie stało! Mogłaś zginąć.. - ganił mnie, a ja stanęłam z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, by po chwili zrobić krok w jego stronę, by przytulić się do niego i zacząć płakać jak małe dziecko.
- No już.. przepraszam.. po prostu martwiłem się o Ciebie. - wyszeptał gładząc mnie po głowie, a ja zanosiłam się szlochem.
- Tak bardzo się bałam! - powiedziałam między salwami płaczu, a on tak trwał i nawet nie narzekał, że łzami zmoczyłam jego koszulkę i wymazałam ją tuszem do rzęs.
Chyba pierwszy raz tak szczerze mówiłam o swoich lękach, uczuciach.
Coś we mnie pękło.
- No już, uspokój się.. motor wyciągną za jakieś trzy godziny, a teraz chodź - powiedział ciągnąc mnie w stronę auta, gdy pocierałam oczy wierzchem wolnej dłoni. - Zawiozę Cię do domu. - dodał i otworzył mi drzwi od strony pasażera.
Wsiadłam i w sumie to nie odzywaliśmy się przez całą drogę aż do mojego mieszkania.
- Dam Ci znać, kiedy motor będzie już w naprawie. - powiedział gasząc silnik i spoglądając na mnie.
- Dzięki. - odpowiedziałam, lecz nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. - Twój kolega.. spotkałam go ostatnio.. - szepnęłam i w końcu podniosłam wzrok na Tom'a.
Zaciskał dłonie na kierownicy.
- Powiedział Ci coś? - spytał niepewnie, a ja potrząsnęłam przecząco głową.
- Po prostu chciałam Ci powiedzieć, że zmienił swoje zachowanie w stosunku do mnie.. jest.. milszy, choć nadal bywa złośliwy. - odpowiedziałam, a Tom uniósł wysoko brwi.
- Jared? Jared Merover? - spytał z niedowierzaniem, a ja cicho zaśmiałam się.
- Ta.. ja też jestem w szoku.
- Z resztą.. nigdy nie wiedziałem co temu dzieciakowi siedzi w głowie.. - mruknął pod nosem bardziej do siebie, niż do mnie i potrząsnął głową. - Na Ciebie już pora. - dodał, a ja uniosłam wysoko brwi.
- Wyrzucasz mnie z samochodu?
- Nie - odpowiedział i zaśmiał się tak szczerze, nie udawał tym razem miłego uśmiechu - nie masz jutro rano zmiany?
- Mam na popołudnie.. - odburknęłam z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
- A wiesz która jest godzina? - spytał, a mnie zrzedła mina.. musiałam się wykąpać i wyspać.. nie wiem, o której godzinie panu Leto zwidzi się odwiedzić mnie znowu.
- Racja.. - mruknęłam i otworzyłam drzwi. Postawiłam jedną nogę na asfalcie i spojrzałam na Tom'a - Dzięki za pomoc.
- Nie ma za co. - uniósł lekko kąciki ust - Zawsze możesz na mnie liczyć.
- Wiem o tym. - odpowiedziałam i wysiadłam.
Wbiegłam do holu, przywitałam się z ochroniarzem, który spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem.
No tak.. spadałam ze skarpy i jestem ubrudzona ziemią.
- No co? Spadałam. - powiedziałam do ochroniarza lekko zirytowana, a on wzruszył ramionami.
Burknęłam coś pod nosem i poszłam do siebie.
- Oh, moje cudowne mieszkanko i nic więcej. -powiedziałam zamykając drzwi na klucz i rozbierając się w przedpokoju. Nie chciałam nabrudzić w całym mieszkaniu.
Po kąpieli wrzuciłam ubrania do kosza do prania i położyłam się spać.
Chyba trochę zdarłam sobie skórę z pleców bo piekły mnie niesamowicie, ale to obejrzę jutro.
Obudziłam się z potwornym bólem całego ciała. Rozejrzałam się po pokoju i zobaczyłam, że pościel jest częściowo wybrudzona krwią. Nie, to wcale nie jest zasługa okresu, ale pozdzieranych kolan, łydek, dłoni i pleców z upadku i asekurowania się.
- Ja pierdolę.. - mruknęłam na widok zaschniętej krwi na nogach.
Dziwiłam się sama sobie, że nie przejęłam się w nocy krwawieniem, choć przed oczami pojawiały mi się migawki zmywanego kurzu i krwi z ciała.
Wstałam, zwinęłam pościel w kłębek i wrzuciłam do pralki.
Wyciągnęłam apteczkę i siadając na środku dywanu w salonie zaczęłam opatrywać rany i zmywać zaschniętą krew.
Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie.
Było po 9 rano, a gdy już wszystko opatrzyłam ubrałam się w takie ubrania, by zasłaniały rany.
Jesień.. kocham jesień!
Rozległ się dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach, wychyliłam się do tyłu, w stronę drzwi, by po chwili zobaczyć wchodzącego Jareda.
Wciąż siedziałam na podłodze, tylko że tym razem czytałam książkę i piłam cappuccino.
- Hej kochanie! - zawołałam wesoło, lecz on wydawał się lekko zdenerwowany.
- Dlaczego masz wyłączony telefon?
- Mam wyłączony telefon? Co? ... ja nigdy nie-... - zaczęłam mówić, lecz przypomniałam sobie o wczorajszym wypadku. - O kurwa! - krzyknęłam i rzuciłam się w stronę łóżka w celu poszukiwania telefonu.
Po kilkunastu minutach złapałam się za głowę i z przerażaniem rozglądałam się dookoła.
Nigdzie nie było mojego telefonu.
Obawiałam się, że zgubiłam go tam, gdzie miałam wypadek.
- Co się stało? - spytał Jared podchodząc bliżej. - Zgubiłaś go gdzieś?
- T-Tak.. gdzieś go zgubiłam. - powiedziałam, a przecież nie kłamałam. Zgubiłam go.. gdzieś.
- Przypomnij sobie gdzie byłaś. - powiedział podnosząc poduszkę na fotelu i sprawdzając czy tam czasem nie ma telefonu.
Rozległ się dźwięk telefonu stacjonarnego.
- Tak słucham? - powiedziałam podnosząc słuchawkę.
- Cześć, tu Tom. - usłyszałam i poczułam ulgę.
- Cześć. - odpowiedziałam z delikatnym uśmiechem i poczułam najpierw na sobie wzrok Jareda, a potem jego dłonie oplatające się wokół mojego ciała.
- Twój motor jest już u mechanika, ale zapytali się mnie, czy na pewno mają go naprawić.. znaleźli też Twój telefon, który jest kompletnie zniszczony, mimo to, chcesz żebym Ci go przywiózł? - spytał, a Jared spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie, poczekaj.. przyjadę obejrzeć go po pracy, dobrze? - powiedziałam.
- Czym się dostaniesz do pracy? Przyjechać po Ciebie? - spytał Tom, a Jared po chwili nasłuchiwania wydarł mi z ręki słuchawkę.
- Nie ma takiej potrzeby. Ja ją zawiozę. - odpowiedział mu szorstko Jared.
- Jared! To niemiłe! - warknęłam zła na niego, a on się rozłączył.
- "Niemiłe"? - zacytował mnie i odsunął się ode mnie na krok krzyżując ręce na klatce piersiowej.
O, taak.. teraz sławny Jared Leto jest konkretnie wkurzony na mnie. - Czy ja o czymś NIE WIEM? - spytał, a ja westchnęłam zrezygnowana.
Chyba nie pozostało mi nic innego, jak opowiedzieć mu całą prawdę o wczorajszym powrocie do domu.
- Opowiem Ci wszystko.. ale zanim wybuchniesz złością, proszę żebyś milczał i nie przerywał mi. Dobrze? - spytałam obserwując jak zmarszczki na jego czole pogłębiają się, żyłka pod lewym okiem uwidacznia się coraz bardziej pulsując, a szczęki zaciskają się mocniej.
- Jasne. - mruknął, choć jego mięśnie były napięte z nerwów.
Spojrzałam na zegarek. Było po 10.
- Chodź do salonu. - powiedziałam pokornie wyciągając ku niemu dłonie, lecz on stał i patrzył na mnie gniewnie. - No dobra.. - mruknęłam i poszłam pierwsza.
Usiadłam na puchatym dywanie i czekałam aż usiądzie obok mnie, lecz on stanął we framudze drzwi opierając się o nią ramieniem i z rękami wciąż skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
Poklepałam dłonią miejsce przed sobą, zachęcając go, aby usiadł na wprost mnie.
- Jeśli chcesz, żebym cokolwiek Ci opowiedziała to usiądź do cholery! - warknęłam rozzłoszczona jego zachowaniem.
Uniósł lekko brwi w zdziwieniu, lecz po chwili wrócił znów do swojego zachowania sprzed chwili.
Niechętnie i powoli, jak obrażony kot - podszedł i usiadł na wprost mnie ze skrzyżowanymi w kostkach nogami.
- No? - spytał po chwili ciszy.
Westchnęłam.. spojrzałam na niego i nie wiele myśląc szybko nachyliłam się nad przestrzenią nas dzielącą, przyciągając go za koszulkę i wpijając się głęboko w jego usta.
Poczułam ból ran, lecz nie przeszkodziło mi to.
Puściłam go i wróciłam na swoje miejsce.
- Gdy się rozłączyłeś.. wyszłam z pracy, wsiadłam na motor i pojechałam coś zjeść tak jak mówiłam.. - zaczęłam obserwując jego dłonie.
Oblizałam lekko usta i sunęłam wzrokiem po jego ciele.
- Jakiś demon.. pokusił mnie, żeby pojechać na wzgórza Hollywood.. - powiedziałam i wpatrywałam się teraz prosto w jego niebieskie oczy - przegięłam z prędkością, wypadłam z zakrętu i spadłam z motorem ze skarpy. - dodałam bez mrugnięcia okiem. Przełknął ciężko ślinę, a ja obserwowałam ruch jego gardła. - Spadałam jakieś 10 metrów w dół. - znów patrzyłam mu w oczy, przypomniałam sobie gdzie "zgubiłam telefon" - wyszłam na drogę i zadzwoniłam po Tom'a żeby po mnie przyjechał.. po tym, mój telefon przestał działać.
- Dlaczego-... - zaczął, lecz przerwałam mu gestem ręki.
- Byliście w studio, potem umówieni z The Hive.. nie chciałam wam przeszkadzać, bo wiem, ile znaczy dla was zespół. Wiedziałam też, że jeśli zadzwonię do Ciebie lub do Shannona, zaraz któryś z was przyjedzie rzucając wszystko w cholerę i umierając z martwienia się.. - odpowiedziałam na niezadane do końca pytanie. - Nie chciałam przysparzać Ci kłopotów.. - jęknęłam, a łzy zamazywały mi widziany obraz. Wybuchnęłam płaczem.
Bez wahania wziął mnie w swoje ramiona, lecz gdy jego ręce objęły mocniej moje plecy wydarłam się z bólu.
- Co się stało? - spytał zdziwiony, lecz ja pokręciłam przecząco głową, że "nic".
Nawet nie pytał o pozwolenie-pociągnął beżowy, stanowczo za duży na mnie bawełniany sweterek do góry i spojrzał na moje plecy.
Musiały wyglądać tragicznie, bo skrzywił się z boleścią w oczach.
- To nic takiego.. - mruknęłam próbując obciągnąć sweterek w dół.
- NIC TAKIEGO?! - spytał znów wściekły.
- Jared.. to nie tak.. - zaczęłam, lecz on nie chciał słuchać. - Czy możemy przełożyć twoje "kazanie", gdy wrócę z pracy? - spytałam niewinnie unosząc lekko brwi.
Wściekłość znów buchała z jego oczu.
- Chcesz iść do pracy? W TAKIM STANIE?! - warknął znów zły.
Położyłam dłonie na jego policzkach i zetknęłam swoje czoło z jego własnym.
- Wyrzucą mnie z pracy, jeśli opuszczę jeszcze jeden dzień. - odpowiedziałam i pocałowałam go w skroń. - Nic mi nie jest, naprawdę. Kilka zadrapań i siniaków, wyjdę z tego. - zapewniłam go wstając z podłogi.
- Chcę żebyś została w domu. - zażądał, a ja spojrzałam na niego.
- Nie mogę. - odpowiedziałam szczerze i pokierowałam swoje kroki do łazienki, by zrobić makijaż i przygotować się do wyjścia do pracy.
Znów pojawił się w drzwiach obserwując mnie z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
- To nie jest dobry pomysł.
- Dobrym pomysłem nie było zapierdalanie z taką prędkością blisko zbocza.. - powiedziałam. Na twarzy Jareda wykwitł grymas niezadowolenia. - Nie martw się.. to był mój ostatni raz, obiecuję. - dodałam z zupełną powagą.
Wydało mi się, że zaakceptował to, choć wciąż miał do mnie urazę.
- Podwieźć Cię? - spytał, gdy zakładałam czarne adidasy.
- Jeśli możesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie z łagodnym uśmiechem.
Nie odwzajemnił uśmiechu. Był poważny. Poczułam jakby mur wyrósł między nami.
Wsiadłam do auta i praktycznie przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie.
Na czerwonym świetle na skrzyżowaniu trzymał dłoń na drążku zmiany biegów. Położyłam swoją dłoń na jego i delikatnie ścisnęłam.
- Wiem, że mnie ostrzegałeś i jesteś o to zły.. - powiedziałam, a on na ułamek sekundy spojrzał na moją dłoń trzymającą jego, a potem na mnie - wybaczysz mi?
- Nie jestem o to zły.. - odpowiedział i ruszył z piskiem opon.
- A o co jesteś zły? - spytałam, gdy wysunął swoją dłoń spod mojej i obie jego dłonie były teraz na kierownicy.
- O nic. Nie jestem zły na Ciebie. - odpowiedział po chwili, lecz czułam, że coś między nami.. pękło. - Niedługo zaczynamy trasę koncertową. - dodał, gdy wjeżdżaliśmy na parking hotelu.
- Wiem o tym... - mruknęłam próbując powstrzymać łzy.
- O której kończysz? - spytał, gdy wysiadłam z jego auta.
- O 20.
- Odbiorę Cię później.
- Dobrze.. - mruknęłam i zatrzasnęłam drzwi do jego auta.
Nawet nie poczekał, aż wejdę do hotelu wejściem dla personelu.
Odjechał.
***
Nie mogłem patrzeć na to jak odchodzi smutna.. z mojego powodu. Szczególnie, gdy zobaczyłem, jak zły napełniły jej oczy, a ona usilnie próbowała je powstrzymać ciągłym mruganiem.
Nie poczekałem nawet, by upewnić się, czy weszła do środka.
Wściekłość roznosiła mnie od środka.
- Leto.. o co Ty się wściekasz? - spytałem sam siebie, a w myśli od razu wytoczyły się działa przeciwko niej.
Nie zadzwoniła do mnie pierwszego, tylko do Tom'a.
Nie powiedziała mi nic o wypadku.
Gdybym nie przysłuchał się jej rozmowie, nic bym nie wiedział.
Nie potraktowała serio moich ostrzeżeń.
Najbardziej jednak bolało mnie to, że to nie do mnie zadzwoniła..
- Kurwa! - syknąłem rozwścieczony kierując się do studia.
Wyobraziłem sobie, jak przebiera się w swój strój, a jej koleżankom z pracy ukazuje się zdarte i posiniaczone ciało.
Zdjęłam kask z głowy i upuściłam go na ziemię.
Podpierałam dłonie na bokach i patrzyłam z niedowierzaniem.
Motor leżał dobre 10 metrów w dole, cały zakurzony z ziemi.
- Moje biedne maleństwo... - jęknęłam z rozpaczą przypatrując się i szacując w jakim stanie jest moja kilkuletnia maszyna.
Zaczęłam poszukiwania mojego telefonu, który - po znalezieniu - wydawał się być totalnie niszczony.
Zastanawiałam się do kogo zadzwonić.. chciałam wybrać numer do Jareda albo Shannona, ale wiem, że zaczęliby panikować i odchodzić od zmysłów, gdybym im powiedziała, że spadłam motorem ze skarpy.. zjawiliby się natychmiast, ale dostałabym opieprz i On na pewno, by powiedział.. a raczej wykrzyczał "a nie mówiłem?!".
Westchnęłam ciężko.
- Halo? - usłyszałam.
Przełknęłam ciężko ślinę.
- Tom? - spytałam niepewnie, a po drugiej stronie usłyszałam ziewnięcie.
- Przy telefonie. - odpowiedział lekko zaspanym głosem.
Chyba go obudziłam.
- Tu Vanessa.. - szepnęłam, usłyszałam jak poderwał się z łóżka i usiadł prawdopodobnie na jego krawędzi.
- Co się stało, że dzwonisz o tej porze? - spytał już wyraźnie, a ja spojrzałam z żalem na moją maszynę.
- Słuchaj... masz może teraz czas, żeby mnie skądś teraz odebrać? - spytałam cicho z duszą na ramieniu.
- Nie no jasne. Gdzie jesteś?
- Jakieś dwa kilometry od Wzgórz Hollywood... wszystko wyjaśnię ci na miejscu, tylko proszę.. nie pytaj teraz o nic. - poprosiłam i usiadłam na ziemi.
- No okay. Zaraz będę. - odpowiedział niepewnie i rozłączył się.
Leżałam na plecach i patrzyłam w rozgwieżdżone niebo już od dobrych trzydziestu minut, gdy usłyszałam warkot nadjeżdżającego auta. Telefon odrzuciłam na bok, bo po rozmowie z Tom'em wyłączył się i nie chciał się już włączyć.
No tak.. pęknięty wyświetlacz z dużym wgnieceniem w obudowie.
Czego się spodziewać?
Że jak powiem "Abra kadabra!" to telefon sam się naprawi? Oh, please.
- Moje wybawienie. - mruknęłam pod nosem widząc, jak samochód się zatrzymuje i wysiada z niego Tom. - Cześć. - powiedziałam beztrosko podnosząc rękę w górę i uśmiechając się szeroko. - Co tam?
- Co tam? - spytał lekko zszokowany. - Co Ty tu robisz sama? I dlaczego leżysz na ziemi? - spytał nie wiedząc, czy żartuję sobie z niego, czy to co odstawiam jest na poważnie.
- Tak szczerze to nogi mnie rozbolały od ciągłego stania i czekania na Ciebie, więc najpierw usiadłam, a potem położyłam się. - odpowiedziałam szczerze, a on zmarszczył brwi.
- Nie o to mi chodzi. Pytam dlaczego tu jesteś? Gdzie Twój motor? - spytał wskazując skinieniem głowy na kask.
- Aa.. właśnie. Mam taki... mały problem.
- To znaczy? - spytał, a ja podeszłam do krawędzi skarpy i popatrzyłam w dół. Tom poszedł za mną, i gdy zobaczył moje maleństwo złapał się za głowę.
- O BOŻE.. coś Ty zrobiła?! Nic Ci się nie stało?! - pytał, a ja nie wiedziałam czy jest bardziej wkurzony czy zszokowany.
- Nic mi nie jest.. ale przyda się, żeby ktoś wyciągnął mój motor stamtąd.. - mruknęłam, a Tom oddalił się, wyciągnął telefon i zadzwonił po kogoś.
Po chwili wrócił już odrobinę spokojniejszy.
- Kobieto. Czy Ty rozumiesz co się stało?
- No w sumie to tak. - odpowiedziałam i rozejrzałam się dookoła. - za szybko jechałam motorem, nie wyrobiłam się na zakręcie, spadłam ze skarpy, wyszłam na górę.. ale ogólnie nic się nie stało. - odpowiedziałam po "oględzinach", ale chyba jeszcze nie docierało do mnie to co się stało.
- Dzięki Bogu nic Ci się nie stało! Mogłaś zginąć.. - ganił mnie, a ja stanęłam z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, by po chwili zrobić krok w jego stronę, by przytulić się do niego i zacząć płakać jak małe dziecko.
- No już.. przepraszam.. po prostu martwiłem się o Ciebie. - wyszeptał gładząc mnie po głowie, a ja zanosiłam się szlochem.
- Tak bardzo się bałam! - powiedziałam między salwami płaczu, a on tak trwał i nawet nie narzekał, że łzami zmoczyłam jego koszulkę i wymazałam ją tuszem do rzęs.
Chyba pierwszy raz tak szczerze mówiłam o swoich lękach, uczuciach.
Coś we mnie pękło.
- No już, uspokój się.. motor wyciągną za jakieś trzy godziny, a teraz chodź - powiedział ciągnąc mnie w stronę auta, gdy pocierałam oczy wierzchem wolnej dłoni. - Zawiozę Cię do domu. - dodał i otworzył mi drzwi od strony pasażera.
Wsiadłam i w sumie to nie odzywaliśmy się przez całą drogę aż do mojego mieszkania.
- Dam Ci znać, kiedy motor będzie już w naprawie. - powiedział gasząc silnik i spoglądając na mnie.
- Dzięki. - odpowiedziałam, lecz nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. - Twój kolega.. spotkałam go ostatnio.. - szepnęłam i w końcu podniosłam wzrok na Tom'a.
Zaciskał dłonie na kierownicy.
- Powiedział Ci coś? - spytał niepewnie, a ja potrząsnęłam przecząco głową.
- Po prostu chciałam Ci powiedzieć, że zmienił swoje zachowanie w stosunku do mnie.. jest.. milszy, choć nadal bywa złośliwy. - odpowiedziałam, a Tom uniósł wysoko brwi.
- Jared? Jared Merover? - spytał z niedowierzaniem, a ja cicho zaśmiałam się.
- Ta.. ja też jestem w szoku.
- Z resztą.. nigdy nie wiedziałem co temu dzieciakowi siedzi w głowie.. - mruknął pod nosem bardziej do siebie, niż do mnie i potrząsnął głową. - Na Ciebie już pora. - dodał, a ja uniosłam wysoko brwi.
- Wyrzucasz mnie z samochodu?
- Nie - odpowiedział i zaśmiał się tak szczerze, nie udawał tym razem miłego uśmiechu - nie masz jutro rano zmiany?
- Mam na popołudnie.. - odburknęłam z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
- A wiesz która jest godzina? - spytał, a mnie zrzedła mina.. musiałam się wykąpać i wyspać.. nie wiem, o której godzinie panu Leto zwidzi się odwiedzić mnie znowu.
- Racja.. - mruknęłam i otworzyłam drzwi. Postawiłam jedną nogę na asfalcie i spojrzałam na Tom'a - Dzięki za pomoc.
- Nie ma za co. - uniósł lekko kąciki ust - Zawsze możesz na mnie liczyć.
- Wiem o tym. - odpowiedziałam i wysiadłam.
Wbiegłam do holu, przywitałam się z ochroniarzem, który spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem.
No tak.. spadałam ze skarpy i jestem ubrudzona ziemią.
- No co? Spadałam. - powiedziałam do ochroniarza lekko zirytowana, a on wzruszył ramionami.
Burknęłam coś pod nosem i poszłam do siebie.
- Oh, moje cudowne mieszkanko i nic więcej. -powiedziałam zamykając drzwi na klucz i rozbierając się w przedpokoju. Nie chciałam nabrudzić w całym mieszkaniu.
Po kąpieli wrzuciłam ubrania do kosza do prania i położyłam się spać.
Chyba trochę zdarłam sobie skórę z pleców bo piekły mnie niesamowicie, ale to obejrzę jutro.
Obudziłam się z potwornym bólem całego ciała. Rozejrzałam się po pokoju i zobaczyłam, że pościel jest częściowo wybrudzona krwią. Nie, to wcale nie jest zasługa okresu, ale pozdzieranych kolan, łydek, dłoni i pleców z upadku i asekurowania się.
- Ja pierdolę.. - mruknęłam na widok zaschniętej krwi na nogach.
Dziwiłam się sama sobie, że nie przejęłam się w nocy krwawieniem, choć przed oczami pojawiały mi się migawki zmywanego kurzu i krwi z ciała.
Wstałam, zwinęłam pościel w kłębek i wrzuciłam do pralki.
Wyciągnęłam apteczkę i siadając na środku dywanu w salonie zaczęłam opatrywać rany i zmywać zaschniętą krew.
Spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie.
Było po 9 rano, a gdy już wszystko opatrzyłam ubrałam się w takie ubrania, by zasłaniały rany.
Jesień.. kocham jesień!
Rozległ się dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach, wychyliłam się do tyłu, w stronę drzwi, by po chwili zobaczyć wchodzącego Jareda.
Wciąż siedziałam na podłodze, tylko że tym razem czytałam książkę i piłam cappuccino.
- Hej kochanie! - zawołałam wesoło, lecz on wydawał się lekko zdenerwowany.
- Dlaczego masz wyłączony telefon?
- Mam wyłączony telefon? Co? ... ja nigdy nie-... - zaczęłam mówić, lecz przypomniałam sobie o wczorajszym wypadku. - O kurwa! - krzyknęłam i rzuciłam się w stronę łóżka w celu poszukiwania telefonu.
Po kilkunastu minutach złapałam się za głowę i z przerażaniem rozglądałam się dookoła.
Nigdzie nie było mojego telefonu.
Obawiałam się, że zgubiłam go tam, gdzie miałam wypadek.
- Co się stało? - spytał Jared podchodząc bliżej. - Zgubiłaś go gdzieś?
- T-Tak.. gdzieś go zgubiłam. - powiedziałam, a przecież nie kłamałam. Zgubiłam go.. gdzieś.
- Przypomnij sobie gdzie byłaś. - powiedział podnosząc poduszkę na fotelu i sprawdzając czy tam czasem nie ma telefonu.
Rozległ się dźwięk telefonu stacjonarnego.
- Tak słucham? - powiedziałam podnosząc słuchawkę.
- Cześć, tu Tom. - usłyszałam i poczułam ulgę.
- Cześć. - odpowiedziałam z delikatnym uśmiechem i poczułam najpierw na sobie wzrok Jareda, a potem jego dłonie oplatające się wokół mojego ciała.
- Twój motor jest już u mechanika, ale zapytali się mnie, czy na pewno mają go naprawić.. znaleźli też Twój telefon, który jest kompletnie zniszczony, mimo to, chcesz żebym Ci go przywiózł? - spytał, a Jared spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie, poczekaj.. przyjadę obejrzeć go po pracy, dobrze? - powiedziałam.
- Czym się dostaniesz do pracy? Przyjechać po Ciebie? - spytał Tom, a Jared po chwili nasłuchiwania wydarł mi z ręki słuchawkę.
- Nie ma takiej potrzeby. Ja ją zawiozę. - odpowiedział mu szorstko Jared.
- Jared! To niemiłe! - warknęłam zła na niego, a on się rozłączył.
- "Niemiłe"? - zacytował mnie i odsunął się ode mnie na krok krzyżując ręce na klatce piersiowej.
O, taak.. teraz sławny Jared Leto jest konkretnie wkurzony na mnie. - Czy ja o czymś NIE WIEM? - spytał, a ja westchnęłam zrezygnowana.
Chyba nie pozostało mi nic innego, jak opowiedzieć mu całą prawdę o wczorajszym powrocie do domu.
- Opowiem Ci wszystko.. ale zanim wybuchniesz złością, proszę żebyś milczał i nie przerywał mi. Dobrze? - spytałam obserwując jak zmarszczki na jego czole pogłębiają się, żyłka pod lewym okiem uwidacznia się coraz bardziej pulsując, a szczęki zaciskają się mocniej.
- Jasne. - mruknął, choć jego mięśnie były napięte z nerwów.
Spojrzałam na zegarek. Było po 10.
- Chodź do salonu. - powiedziałam pokornie wyciągając ku niemu dłonie, lecz on stał i patrzył na mnie gniewnie. - No dobra.. - mruknęłam i poszłam pierwsza.
Usiadłam na puchatym dywanie i czekałam aż usiądzie obok mnie, lecz on stanął we framudze drzwi opierając się o nią ramieniem i z rękami wciąż skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
Poklepałam dłonią miejsce przed sobą, zachęcając go, aby usiadł na wprost mnie.
- Jeśli chcesz, żebym cokolwiek Ci opowiedziała to usiądź do cholery! - warknęłam rozzłoszczona jego zachowaniem.
Uniósł lekko brwi w zdziwieniu, lecz po chwili wrócił znów do swojego zachowania sprzed chwili.
Niechętnie i powoli, jak obrażony kot - podszedł i usiadł na wprost mnie ze skrzyżowanymi w kostkach nogami.
- No? - spytał po chwili ciszy.
Westchnęłam.. spojrzałam na niego i nie wiele myśląc szybko nachyliłam się nad przestrzenią nas dzielącą, przyciągając go za koszulkę i wpijając się głęboko w jego usta.
Poczułam ból ran, lecz nie przeszkodziło mi to.
Puściłam go i wróciłam na swoje miejsce.
- Gdy się rozłączyłeś.. wyszłam z pracy, wsiadłam na motor i pojechałam coś zjeść tak jak mówiłam.. - zaczęłam obserwując jego dłonie.
Oblizałam lekko usta i sunęłam wzrokiem po jego ciele.
- Jakiś demon.. pokusił mnie, żeby pojechać na wzgórza Hollywood.. - powiedziałam i wpatrywałam się teraz prosto w jego niebieskie oczy - przegięłam z prędkością, wypadłam z zakrętu i spadłam z motorem ze skarpy. - dodałam bez mrugnięcia okiem. Przełknął ciężko ślinę, a ja obserwowałam ruch jego gardła. - Spadałam jakieś 10 metrów w dół. - znów patrzyłam mu w oczy, przypomniałam sobie gdzie "zgubiłam telefon" - wyszłam na drogę i zadzwoniłam po Tom'a żeby po mnie przyjechał.. po tym, mój telefon przestał działać.
- Dlaczego-... - zaczął, lecz przerwałam mu gestem ręki.
- Byliście w studio, potem umówieni z The Hive.. nie chciałam wam przeszkadzać, bo wiem, ile znaczy dla was zespół. Wiedziałam też, że jeśli zadzwonię do Ciebie lub do Shannona, zaraz któryś z was przyjedzie rzucając wszystko w cholerę i umierając z martwienia się.. - odpowiedziałam na niezadane do końca pytanie. - Nie chciałam przysparzać Ci kłopotów.. - jęknęłam, a łzy zamazywały mi widziany obraz. Wybuchnęłam płaczem.
Bez wahania wziął mnie w swoje ramiona, lecz gdy jego ręce objęły mocniej moje plecy wydarłam się z bólu.
- Co się stało? - spytał zdziwiony, lecz ja pokręciłam przecząco głową, że "nic".
Nawet nie pytał o pozwolenie-pociągnął beżowy, stanowczo za duży na mnie bawełniany sweterek do góry i spojrzał na moje plecy.
Musiały wyglądać tragicznie, bo skrzywił się z boleścią w oczach.
- To nic takiego.. - mruknęłam próbując obciągnąć sweterek w dół.
- NIC TAKIEGO?! - spytał znów wściekły.
- Jared.. to nie tak.. - zaczęłam, lecz on nie chciał słuchać. - Czy możemy przełożyć twoje "kazanie", gdy wrócę z pracy? - spytałam niewinnie unosząc lekko brwi.
Wściekłość znów buchała z jego oczu.
- Chcesz iść do pracy? W TAKIM STANIE?! - warknął znów zły.
Położyłam dłonie na jego policzkach i zetknęłam swoje czoło z jego własnym.
- Wyrzucą mnie z pracy, jeśli opuszczę jeszcze jeden dzień. - odpowiedziałam i pocałowałam go w skroń. - Nic mi nie jest, naprawdę. Kilka zadrapań i siniaków, wyjdę z tego. - zapewniłam go wstając z podłogi.
- Chcę żebyś została w domu. - zażądał, a ja spojrzałam na niego.
- Nie mogę. - odpowiedziałam szczerze i pokierowałam swoje kroki do łazienki, by zrobić makijaż i przygotować się do wyjścia do pracy.
Znów pojawił się w drzwiach obserwując mnie z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
- To nie jest dobry pomysł.
- Dobrym pomysłem nie było zapierdalanie z taką prędkością blisko zbocza.. - powiedziałam. Na twarzy Jareda wykwitł grymas niezadowolenia. - Nie martw się.. to był mój ostatni raz, obiecuję. - dodałam z zupełną powagą.
Wydało mi się, że zaakceptował to, choć wciąż miał do mnie urazę.
- Podwieźć Cię? - spytał, gdy zakładałam czarne adidasy.
- Jeśli możesz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie z łagodnym uśmiechem.
Nie odwzajemnił uśmiechu. Był poważny. Poczułam jakby mur wyrósł między nami.
Wsiadłam do auta i praktycznie przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie.
Na czerwonym świetle na skrzyżowaniu trzymał dłoń na drążku zmiany biegów. Położyłam swoją dłoń na jego i delikatnie ścisnęłam.
- Wiem, że mnie ostrzegałeś i jesteś o to zły.. - powiedziałam, a on na ułamek sekundy spojrzał na moją dłoń trzymającą jego, a potem na mnie - wybaczysz mi?
- Nie jestem o to zły.. - odpowiedział i ruszył z piskiem opon.
- A o co jesteś zły? - spytałam, gdy wysunął swoją dłoń spod mojej i obie jego dłonie były teraz na kierownicy.
- O nic. Nie jestem zły na Ciebie. - odpowiedział po chwili, lecz czułam, że coś między nami.. pękło. - Niedługo zaczynamy trasę koncertową. - dodał, gdy wjeżdżaliśmy na parking hotelu.
- Wiem o tym... - mruknęłam próbując powstrzymać łzy.
- O której kończysz? - spytał, gdy wysiadłam z jego auta.
- O 20.
- Odbiorę Cię później.
- Dobrze.. - mruknęłam i zatrzasnęłam drzwi do jego auta.
Nawet nie poczekał, aż wejdę do hotelu wejściem dla personelu.
Odjechał.
***
Nie mogłem patrzeć na to jak odchodzi smutna.. z mojego powodu. Szczególnie, gdy zobaczyłem, jak zły napełniły jej oczy, a ona usilnie próbowała je powstrzymać ciągłym mruganiem.
Nie poczekałem nawet, by upewnić się, czy weszła do środka.
Wściekłość roznosiła mnie od środka.
- Leto.. o co Ty się wściekasz? - spytałem sam siebie, a w myśli od razu wytoczyły się działa przeciwko niej.
Nie zadzwoniła do mnie pierwszego, tylko do Tom'a.
Nie powiedziała mi nic o wypadku.
Gdybym nie przysłuchał się jej rozmowie, nic bym nie wiedział.
Nie potraktowała serio moich ostrzeżeń.
Najbardziej jednak bolało mnie to, że to nie do mnie zadzwoniła..
- Kurwa! - syknąłem rozwścieczony kierując się do studia.
Wyobraziłem sobie, jak przebiera się w swój strój, a jej koleżankom z pracy ukazuje się zdarte i posiniaczone ciało.
sobota, 13 lipca 2013
27. `I will save you from yourself.. time will change everything about this hell. `
Śpieszyłam się na popołudniową zmianę, lecz zanim zaczęłam sprzątanie pokoi musiałam wysłuchać naganę udzielaną przez właścicielkę hotelu za nierozsądne zachowanie i ostrzeżenie - że daje mi ostatnią szansę, a następnym razem po prostu zwolni mnie bez mrugnięcia okiem.
- Dziękuję, pani Margaret. - powiedziałam z czułym uśmiechem, co zbiło ją z tropu. - To się więcej nie powtórzy, obiecuję. - dodałam łagodnie bez urazy i obrażania się, jak to miałam już w zwyczaju za "bezpodstawne" -według mnie- reprymendy od mojej szefowej.
Obserwowała mnie z lekko otworzonymi ustami i oczami.
- Co Ci się stało, Van? - spytała, a ja uniosłam brwi w geście niezrozumienia. - Nie zamierzasz krzyczeć, wściekać się i chodzić po moim gabinecie jak urażone małe dziecko? - spytała, a ja zaśmiałam się pod nosem.
- Nie, proszę pani. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ja zawiniłam - odpowiedziałam z wyrozumiałością - te dwa tygodnie bardzo mnie zmieniły.. a raczej, pozwoliły dostrzec bardzo wiele rzeczy, które powinnam w sobie zmienić.
- Nie poznaję Cię, Van... - szepnęła szefowa - oczywiście w pozytywnym znaczeniu! Zdajesz się być bardziej dojrzała i odpowiedzialna.. muszę to przemyśleć. - bąknęła ostatnie trzy słowa pod nosem i machnęła ręką. - Możesz iść.
- Do zobaczenia, pani Margaret. - odpowiedziałam i wyszłam.
Przebrałam się i po chwili zaczęłam swoją pracę.
W wolnych momentach, gdy byłam poza zasięgiem kamer i cudzych oczu - pisałam z Jaredem.
Nie wiem czy to, co się między nami dzieje jest na serio, i czy kiedyś nie okaże się być.. tylko snem.
Boję się, że pewnego dnia obudzę się sama w łóżku, a wszystko to zniknie.. że dalej będę pokojówką hotelową prowadzącą monotonny tryb życia - ten, który prowadziłam do czasu poznania braci Leto.
Zajęta przez te myśli nawet nie spostrzegłam się, kiedy przed czasem kończyłam już ostatni pokój.
- O, znowu się spotykamy. - usłyszałam ten charakterystyczny głos, a mnie aż przeszły ciarki po plecach.
- Cześć, Jared. - warknęłam przez zęby mierząc przyjaciela Tom'a lodowatym spojrzeniem.
- Spokojnie. Nie zamierzam nic Ci zrobić. Chciałem tylko upewnić się, czy Ty to Ty. - odpowiedział wskazując na moje blond włosy i oparł się tyłkiem o szeroki parapet. Uchylił okno i odpalił papierosa. - Chcę pogadać.
- Niby o czym? - warknęłam nieprzekonana do jego "dobrych intencji".
- Nie bądź tak wojowniczo nastawiona.. uszkodziłaś mi perkusistę. - powiedział mierząc mnie chłodnym spojrzeniem zielonych oczu.
- Nic ci nie uszkodziłam. - odpowiedziałam wzruszając ramionami.
- Owszem uszkodziłaś. Tom jest niepocieszony po koszu jaki dostał od Ciebie. - powiedział, a ja otworzyłam szerzej oczy.
Więc o to mu chodziło.
- Wiedział jak ja traktuję tę relację. Poza tym, był świadomy, że go nie kocham. - odpowiedziałam obojętnie ze wzruszeniem ramion. - Akceptował to.
- Tak, ale co Ci poradzę, że biedny chłopak zakochał się? - spytał z udawanym przejęciem. - przez Ciebie teraz jego gra na perkusji przypomina walenie w garnki drewnianymi łyżkami w wykonaniu pięciolatka! - warknął.
Ah, więc to go boli.
- Jestem już z kimś w związku.
- No tak, tak.. z tym frontmanem z Thirty Seconds To Mars. - powiedział z przekąsem i zaciągnął nerwowo dym. - Nie jest za stary dla Ciebie? - spytał prześwietlając mnie wzrokiem.
- Radzi sobie. - odpowiedziałam dość dwuznacznie ze wzruszeniem ramion.
- No proszę, proszę.. - mruknął Jared. - Czyli nic nie czujesz do Tom'a? - spytał, a ja kiwnęłam twierdząco głową.
- Traktuję go jako dobrego kolegę, na którego zawsze mogę liczyć.
- Jasne. - syknął i wypuścił dym z płuc.
Nie miałam ochoty rozmawiać z nim o tym.
Czułam się rozdrażniona.
- Coś jeszcze masz mi do powiedzenia? - spytałam przyglądając się uważnie jego twarzy i budowie ciała, która niewątpliwie pociągała.
Jest przystojny.
- Nie. - odpowiedział gasząc niedopałek papierosa i podchodząc do mnie blisko, po czym wypuścił dym prosto w moją twarz z dumnym uśmiechem.
Zmarszczyłam brwi z niesmakiem.
- Dziwny jesteś. Pójdę już. - skwitowałam i ruszyłam w stronę drzwi.
Nic nie odpowiedział.
Jego dziwne zachowanie.. trochę jakby tajemnicze - zastanawiało mnie bardzo.
- Gdzie jesteś? - usłyszałam głos Leto w słuchawce.
- Przebieram się i zaraz wracam do domu.. umieram z głodu. -odpowiedziałam wiążąc sznurówkę trampka i przytrzymując ramieniem telefon przy uchu.
- Jesteśmy z Shannonem i Tomo w studio. Robimy ostatnie nagrywki do nowej płyty, a potem musimy spotkać się jeszcze z The Hive, by uzgodnić sprawy dotyczące promocji płyty i nowej trasy koncertowej. - odpowiedział, a mnie coś przewróciło się w żołądku.Wiedziałam, że za niedługo rozpocznie trasę koncertową... to przecież jego praca, ale mimo wszystko..
Oh, czyli muszę sama zrobić sobie kolację.
- No rozumiem. - odpowiedziałam z uśmiechem. - To pracujcie dalej, ja jadę coś zjeść i wracam do domu. - dodałam zamykając swoją szafkę, biorąc kask i kierując się ku wyjściu dla personelu, gdzie na parkingu stał mój motor.
- Jedź ostrożnie.. - zażądał troskliwie, a ja prychnęłam pod nosem.
- Kochanie, ja jeżdżę ostrożnie.
- Wiesz o co mi chodzi..
- Tak, tak.. nie przekraczać zbytnio dozwolonej prędkości, no wiem. - odpowiedziałam wywracając teatralnie oczami. - będę grzeczna, nie martw się.. zadzwonię jak będę w domu.
- No dobrze. Do usłyszenia. - odpowiedział z nutką ulgi w głosie, więc rozłączyłam się.
Założyłam kask i ruszyłam z piskiem opon wyjeżdżając z parkingu.
Zjadłam wegetariański obiad w azjatyckiej restauracji i zanim ruszyłam w stronę domu napisałam Jaredowi, że już wracam.. choć przez głowę przemknęła mi głupia myśl, żeby pojechać w stronę wzgórz Hollywood.
Nie wiem co za diabeł pokusił mnie, żeby tak późno w nocy jechać z tak dużą prędkością przy krawędzi zbocza...
- JARED!!! - krzyknęłam w rozpaczy, gdy zaczęłam spadać jakieś 10 metrów w dół, byłam przerażona..
- Dziękuję, pani Margaret. - powiedziałam z czułym uśmiechem, co zbiło ją z tropu. - To się więcej nie powtórzy, obiecuję. - dodałam łagodnie bez urazy i obrażania się, jak to miałam już w zwyczaju za "bezpodstawne" -według mnie- reprymendy od mojej szefowej.
Obserwowała mnie z lekko otworzonymi ustami i oczami.
- Co Ci się stało, Van? - spytała, a ja uniosłam brwi w geście niezrozumienia. - Nie zamierzasz krzyczeć, wściekać się i chodzić po moim gabinecie jak urażone małe dziecko? - spytała, a ja zaśmiałam się pod nosem.
- Nie, proszę pani. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ja zawiniłam - odpowiedziałam z wyrozumiałością - te dwa tygodnie bardzo mnie zmieniły.. a raczej, pozwoliły dostrzec bardzo wiele rzeczy, które powinnam w sobie zmienić.
- Nie poznaję Cię, Van... - szepnęła szefowa - oczywiście w pozytywnym znaczeniu! Zdajesz się być bardziej dojrzała i odpowiedzialna.. muszę to przemyśleć. - bąknęła ostatnie trzy słowa pod nosem i machnęła ręką. - Możesz iść.
- Do zobaczenia, pani Margaret. - odpowiedziałam i wyszłam.
Przebrałam się i po chwili zaczęłam swoją pracę.
W wolnych momentach, gdy byłam poza zasięgiem kamer i cudzych oczu - pisałam z Jaredem.
Nie wiem czy to, co się między nami dzieje jest na serio, i czy kiedyś nie okaże się być.. tylko snem.
Boję się, że pewnego dnia obudzę się sama w łóżku, a wszystko to zniknie.. że dalej będę pokojówką hotelową prowadzącą monotonny tryb życia - ten, który prowadziłam do czasu poznania braci Leto.
Zajęta przez te myśli nawet nie spostrzegłam się, kiedy przed czasem kończyłam już ostatni pokój.
- O, znowu się spotykamy. - usłyszałam ten charakterystyczny głos, a mnie aż przeszły ciarki po plecach.
- Cześć, Jared. - warknęłam przez zęby mierząc przyjaciela Tom'a lodowatym spojrzeniem.
- Spokojnie. Nie zamierzam nic Ci zrobić. Chciałem tylko upewnić się, czy Ty to Ty. - odpowiedział wskazując na moje blond włosy i oparł się tyłkiem o szeroki parapet. Uchylił okno i odpalił papierosa. - Chcę pogadać.
- Niby o czym? - warknęłam nieprzekonana do jego "dobrych intencji".
- Nie bądź tak wojowniczo nastawiona.. uszkodziłaś mi perkusistę. - powiedział mierząc mnie chłodnym spojrzeniem zielonych oczu.
- Nic ci nie uszkodziłam. - odpowiedziałam wzruszając ramionami.
- Owszem uszkodziłaś. Tom jest niepocieszony po koszu jaki dostał od Ciebie. - powiedział, a ja otworzyłam szerzej oczy.
Więc o to mu chodziło.
- Wiedział jak ja traktuję tę relację. Poza tym, był świadomy, że go nie kocham. - odpowiedziałam obojętnie ze wzruszeniem ramion. - Akceptował to.
- Tak, ale co Ci poradzę, że biedny chłopak zakochał się? - spytał z udawanym przejęciem. - przez Ciebie teraz jego gra na perkusji przypomina walenie w garnki drewnianymi łyżkami w wykonaniu pięciolatka! - warknął.
Ah, więc to go boli.
- Jestem już z kimś w związku.
- No tak, tak.. z tym frontmanem z Thirty Seconds To Mars. - powiedział z przekąsem i zaciągnął nerwowo dym. - Nie jest za stary dla Ciebie? - spytał prześwietlając mnie wzrokiem.
- Radzi sobie. - odpowiedziałam dość dwuznacznie ze wzruszeniem ramion.
- No proszę, proszę.. - mruknął Jared. - Czyli nic nie czujesz do Tom'a? - spytał, a ja kiwnęłam twierdząco głową.
- Traktuję go jako dobrego kolegę, na którego zawsze mogę liczyć.
- Jasne. - syknął i wypuścił dym z płuc.
Nie miałam ochoty rozmawiać z nim o tym.
Czułam się rozdrażniona.
- Coś jeszcze masz mi do powiedzenia? - spytałam przyglądając się uważnie jego twarzy i budowie ciała, która niewątpliwie pociągała.
Jest przystojny.
- Nie. - odpowiedział gasząc niedopałek papierosa i podchodząc do mnie blisko, po czym wypuścił dym prosto w moją twarz z dumnym uśmiechem.
Zmarszczyłam brwi z niesmakiem.
- Dziwny jesteś. Pójdę już. - skwitowałam i ruszyłam w stronę drzwi.
Nic nie odpowiedział.
Jego dziwne zachowanie.. trochę jakby tajemnicze - zastanawiało mnie bardzo.
- Gdzie jesteś? - usłyszałam głos Leto w słuchawce.
- Przebieram się i zaraz wracam do domu.. umieram z głodu. -odpowiedziałam wiążąc sznurówkę trampka i przytrzymując ramieniem telefon przy uchu.
- Jesteśmy z Shannonem i Tomo w studio. Robimy ostatnie nagrywki do nowej płyty, a potem musimy spotkać się jeszcze z The Hive, by uzgodnić sprawy dotyczące promocji płyty i nowej trasy koncertowej. - odpowiedział, a mnie coś przewróciło się w żołądku.Wiedziałam, że za niedługo rozpocznie trasę koncertową... to przecież jego praca, ale mimo wszystko..
Oh, czyli muszę sama zrobić sobie kolację.
- No rozumiem. - odpowiedziałam z uśmiechem. - To pracujcie dalej, ja jadę coś zjeść i wracam do domu. - dodałam zamykając swoją szafkę, biorąc kask i kierując się ku wyjściu dla personelu, gdzie na parkingu stał mój motor.
- Jedź ostrożnie.. - zażądał troskliwie, a ja prychnęłam pod nosem.
- Kochanie, ja jeżdżę ostrożnie.
- Wiesz o co mi chodzi..
- Tak, tak.. nie przekraczać zbytnio dozwolonej prędkości, no wiem. - odpowiedziałam wywracając teatralnie oczami. - będę grzeczna, nie martw się.. zadzwonię jak będę w domu.
- No dobrze. Do usłyszenia. - odpowiedział z nutką ulgi w głosie, więc rozłączyłam się.
Założyłam kask i ruszyłam z piskiem opon wyjeżdżając z parkingu.
Zjadłam wegetariański obiad w azjatyckiej restauracji i zanim ruszyłam w stronę domu napisałam Jaredowi, że już wracam.. choć przez głowę przemknęła mi głupia myśl, żeby pojechać w stronę wzgórz Hollywood.
Nie wiem co za diabeł pokusił mnie, żeby tak późno w nocy jechać z tak dużą prędkością przy krawędzi zbocza...
- JARED!!! - krzyknęłam w rozpaczy, gdy zaczęłam spadać jakieś 10 metrów w dół, byłam przerażona..
środa, 3 lipca 2013
26. You mean everything to me. You are my whole world.
- Nie miałam z nim szans. - stwierdziła, gdy po wszystkim gładziłem ją po nagich plecach, a ona opierała policzek o moje ramię. Przez moment próbowałem przypomnieć sobie, do czego odnosi się ta wypowiedź.
Mój żołądek skręcił się na myśl o rozmowie sprzed godziny.
- Jeśli nie chcesz to nie musisz mi tego teraz mówić. - w odpowiedzi pokręciła przecząco głową.
Mimo wcześniejszej reakcji, teraz jej oddech był spokojny.
Przez uchylone okna wpadało poranne powietrze już nagrzane od promieni słonecznych.
- Był ode mnie znacznie silniejszy fizycznie, nie potrafiłam wyrwać się z jego uścisku. Bałam się, że mógł mnie bardziej skrzywdzić, ale jemu chodziło tylko o zaspokojenie ciekawości.. pierwotnych instynktów. - kontynuowała ze zmarszczonymi brwiami i zdegustowaniem na twarzy na wspomnienie tego zdarzenia - chciałam być wtedy silna, nie pokazywać swej słabości, więc nie krzyczałam, nie wołałam o pomoc, ani nie płakałam. Czułam tylko wściekłość i od tamtej pory żywiłam niechęć do mężczyzn.. wręcz obrzydzenie. - dodała kreśląc kółka, kwadraty, trójkąty i krzywe linie wokół mojego sutka, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę - ale cieszę się, że z Tobą jest inaczej.. choć czasem.. napawają mnie lęki z przeszłości.. boję się, że Ty też mnie skrzywdzisz - wyszeptała cicho, a ja objąłem ją mocniej ramieniem i czule całowałem po twarzy.
Skąd we mnie tyle czułości i poczucia odpowiedzialności?
Czy zawsze drzemała we mnie taka nadopiekuńczość?
Te pytania nie dawały mi spokoju.
Nie poznawałem siebie.
Najpierw na jej twarzy pojawił się uśmiech, a potem wręcz zaczęła się śmiać z rozbawienia.
- Nie chcę Cię skrzywdzić.
- Wiem o tym. - odpowiedziała, a ja zapewniłem ją spojrzeniem i pocałowałem ją w nos, patrząc jak radośnie się uśmiecha - to wspomnienie było powodem Twojego płaczu?
- Tak - odpowiedziała i kiwnęła twierdząco głową - nagle ta scena z przeszłości pojawiła się przed moimi oczami i wiesz.. - szepnęła, więc tylko twierdząco skinąłem głową.
Nie musiała już nic więcej mówić na ten temat.
Rozumiałem już wystarczająco.
Niby to nic takiego.
To nie gwałt, a molestowanie seksualnie..
Może trochę za bardzo to wyolbrzymiła?
Podkolorowała?
Nie wiem.
Robiłem się coraz bardziej śpiący, więc wtuliłem się w jej drobne, ciepłe ciało nasłuchując spokojnego rytmu uderzeń jej serca i zasnąłem.
Przebudziłem się i znów byłem sam w łóżku, tak jak wtedy w hotelu.
Ogarnęła mnie panika.
Wstałem i tak jak mnie Pan Bóg stworzył poszedłem rozejrzeć się po mieszkaniu.
Zastałem ją w bieliźnie i z mokrymi blond włosami opadającymi na ramiona.
Wyglądała... zjawiskowo.
- Już wstałeś? - spytała z promiennym uśmiechem spoglądając na mnie, stojącego w wejściu do kuchni, a ciepło rozlało mi się w klatce piersiowej.
Mój promyczek.
Uśmiechnąłem się z ulgą, a ona otworzyła lekko usta i wpatrywała się we mnie z szerzej otwartymi oczami niż zazwyczaj.
- Tak. Dzień dobry, kochanie. - odpowiedziałem lekko rozbawiony jej reakcją.
Przytuliłem ją i dłonią lekko zamknąłem jej buzię, po czym pocałowałem w usta - to tak na mój widok? - spytałem i znacząco spojrzałem po sobie w dół.
- Nie, to nie to. - odpowiedziała beztrosko, gdy powiodła wzrokiem za moim spojrzeniem i pocałowała mnie delikatnie w policzek - Twój uśmiech mnie rozbroił, totalnie. - wymruczała rozkosznie, klepnęła mnie w pośladek przechodząc obok, czemu towarzyszył dźwięczny głos.
- Ah! - wyrwało mi się z ust i zagryzłem dolną wargę ust - nie ładnie tak! - zażartowałem mierząc ją pożądliwym spojrzeniem.
- Ty mi tak też robisz! Zapomniałeś? Tylko, że lżej - powiedziała rozbawiona i wystawiła język, po czym wróciła do podsmażania szpinaku - ubierz się, bo się przeziębisz, dobrze? - mruknęła nawet nie obdarzając mnie spojrzeniem.
- Co to będzie? - spytałem ignorując jej wcześniejszą prośbę i po próbie wsadzenia palca do zielonej mazi i spróbowania - dostałem po rękach.
- Gorące jest jeszcze, poparzysz się. - odpowiedziała czule, więc zaplotłem ręce wokół jej talii i składałem pojedyncze, pełne czułości pocałunki na szyi, karku, ramionach i każdym innym odkrytym fragmencie jej skóry.
Nabrała trochę szpinaku na drewnianą łyżkę, którą mieszała, podmuchała, by trochę ostudzić i podała mi pod nos.
Pachniało bardzo apetycznie.
- Spróbuj i powiedz, czy czegoś brakuje. - zażądała, więc spróbowałem i zastanawiałem się przez chwilę.
- Czy tu jest ser? - spytałem lekko wystraszony.
- Tak, ser feta, a dlaczego pytasz? - odpowiedziała z pytaniem na moje pytanie, lecz chyba szybko odnalazła odpowiedź, bo zmarszczyła lekko brwi - nawet nie próbuj robić mi przykrości tym, że nie będziesz chciał zjeść! - dodała gniewnie, a ja przełknąłem ciężko ślinę - ser feta chyba możesz jeść, prawda? To nie jest mięso, ani żółtko jaj.. więc nie wydziwiaj.
- Dobrze - zadeklarowałem spokojnie - brakuje trochę soli.
- Idź pod prysznic i ubrać się.
- Tak jest, pani Kapitan! - zawołałem wesoło rozbawiony tym co mówiła dziś do mnie i zacząłem delikatnie kołysać nami na prawo i lewo. - Ale najpierw mam na coś innego ochotę.. - wymruczałem jednoznacznie wsuwając jedną dłoń za linię jej koronkowych fig, a drugą pod stanik pieszcząc jedną z jej piersi, na co Vanessa wypięła się lekko do tyłu i biust w przód - O.. tak. - zamruczałem z aprobatą - Dokładnie tak. - dodałem całując ją po plecach i zsuwając jej figi powoli w dół, wzdłuż jej długich nóg.
- Jared, nie chcę spalić tego szpinaku - powiedziała z błagalnym spojrzeniem i dłońmi opartymi blisko kuchenki.
- Ale ja też już nie mogę dłużej czekać. - powiedziałem napierając na nią mocniej - musimy nadrobić te dwa tygodnie.. bardzo za Tobą tęskniłem. - wymruczałem najbardziej przekonująco jak tylko potrafiłem, wiedząc, że może być ciężko z przekonaniem jej teraz.
Zagryzła dolną wargę ust rozważając niemo moje słowa.
Wiedziałem, że za chwilę znowu się połączymy i będziemy dzielić się swoimi oddechami.. i nie tylko nimi.
Po chwili, która zdawała się trwać dla mnie wieki - wyłączyła palnik, na którym podsmażała szpinak i odstawiła patelnię na bok.
Powoli obróciła się do mnie przodem z dziarskim uśmiechem i wskoczyła mi na ręce oplatając nogami moje biodra i całując zachłannie.
Kiedy ona tak się zmieniła?
Kiedy ja tak bardzo się zmieniłem?
Powędrowaliśmy w stronę stołu.
- O nie, tylko nie na stole - jęknęła z błagalnym spojrzeniem - nie zniosę, jeśli kolejne rzeczy z tej zastawy się stłuką - dodała, a ja pocałowałem ją w czubek nosa.
- Kupię Ci nową. - wymruczałem w odpowiedzi nie widząc w tym, żadnego problemu.
- Lubię TĘ zastawę... - szepnęła podkreślając jak ważna jest dla niej ta zastawa, więc westchnąłem cicho i przenieśliśmy się do sypialni, gdzie krzyczała z rozkoszy i wiła się pode mną. - Jared.. - wyszeptała cicho moje imię zaciskając palce na moich ramionach.
Zapragnąłem, żeby je wykrzyczała.
- Głośniej - zażądałem i dałem jej klapsa w pośladki na co ona wyprężyła się wyginając plecy w łuk i spojrzała na mnie ze wściekłością przeplataną z pożądaniem - Głośniej. Wykrzycz moje imię. - dodałem, a gdy Van patrzyła na mnie z tajemniczym uśmiechem - nie potrafiłem odgadnąć jej myśli.
Uległem jej, gdy popchnęła mnie na łóżko i plecami miękko uderzyłem o zdewastowaną przez nas pościel.
- Znalazłam coś Twojego... - wymruczała ze świadomością, jak to na mnie działa, po czym sięgnęła do reklamówki, którą wcześniej przywiozłem ze sobą. Wyciągnęła z niej kajdanki z sex shopu i zakręciła na palcu wskazującym. - Może wypróbujemy teraz Twoje zabawki? - spytała z cwanym uśmiechem.
Przez moją twarz przebiegł cień zaskoczenia, lecz skomentowałem to pomrukiem aprobaty.
Nie spodziewałem się jednak, że to ja będę przedmiotem do testowania tych wszystkich zabawek, które kupiłem z myślą o niej.. i aż trochę wstyd mi się przyznać przed samym sobą, ale to ja chciałem je wszystkie wypróbować - właśnie na niej.
- Muszę już iść. - powiedziała susząc włosy po kolejnej kąpieli.
- Gdzie się wybierasz? - spytałem lekko zdziwiony.
- Do pracy Jared, do pracy. - odpowiedziała malując kreski na powiekach oczu brązowym eyelinerem i uśmiechając się delikatnie. - równo? - spytała wskazując palcem na powieki oczu.
Zaśmiałem się i przytaknąłem kiwając twierdząco głową.
- Idealnie. - odpowiedziałem i pocałowałem ją w jeszcze nie umalowane pomadką usta.
Słodki ich smak zmieszany z świeżością pasty do zębów i płynem do płukania jamy ustnej.
Osobiście preferowałem, kiedy czułem od niej słodki smak czekolady.
- To dobrze. - powiedziała łagodnie i przyglądała mnie się przez chwilę uważnie - trzymając w dłoniach wciąż eyeliner.
Uśmiechnęła się pogodnie.
- Co jest? - spytałem nie wiedząc dokładnie o co chodzi z tym nieodgadnionym uśmiechem.
- Nic.
- To dlaczego tak się uśmiechnęłaś? - spytałem lekko zdziwiony, choć z niemaskowanym uśmiechem.
- O tak, nie mogę? - spytała i pokazała mi język, po czym odłożyła kosmetyk, wzięła różową pomadkę i wróciła do przyglądania się w lustrze, skupiając się bardzo na precyzyjnym pomalowaniu ust i w międzyczasie, sprzeczaniu się ze mną, że to nie jest różowy tylko "pout".
Oh, jak tam woli.
Według mnie, nie robi to większej różnicy.
Chociaż ja sam - za czasów blond irokeza - tłumaczyłem wszystkim, że irokez nie jest wyfarbowany na "różowy", lecz na CYKLAMENTOWY, a to jest przecież różnica, prawda?
Mój żołądek skręcił się na myśl o rozmowie sprzed godziny.
- Jeśli nie chcesz to nie musisz mi tego teraz mówić. - w odpowiedzi pokręciła przecząco głową.
Mimo wcześniejszej reakcji, teraz jej oddech był spokojny.
Przez uchylone okna wpadało poranne powietrze już nagrzane od promieni słonecznych.
- Był ode mnie znacznie silniejszy fizycznie, nie potrafiłam wyrwać się z jego uścisku. Bałam się, że mógł mnie bardziej skrzywdzić, ale jemu chodziło tylko o zaspokojenie ciekawości.. pierwotnych instynktów. - kontynuowała ze zmarszczonymi brwiami i zdegustowaniem na twarzy na wspomnienie tego zdarzenia - chciałam być wtedy silna, nie pokazywać swej słabości, więc nie krzyczałam, nie wołałam o pomoc, ani nie płakałam. Czułam tylko wściekłość i od tamtej pory żywiłam niechęć do mężczyzn.. wręcz obrzydzenie. - dodała kreśląc kółka, kwadraty, trójkąty i krzywe linie wokół mojego sutka, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę - ale cieszę się, że z Tobą jest inaczej.. choć czasem.. napawają mnie lęki z przeszłości.. boję się, że Ty też mnie skrzywdzisz - wyszeptała cicho, a ja objąłem ją mocniej ramieniem i czule całowałem po twarzy.
Skąd we mnie tyle czułości i poczucia odpowiedzialności?
Czy zawsze drzemała we mnie taka nadopiekuńczość?
Te pytania nie dawały mi spokoju.
Nie poznawałem siebie.
Najpierw na jej twarzy pojawił się uśmiech, a potem wręcz zaczęła się śmiać z rozbawienia.
- Nie chcę Cię skrzywdzić.
- Wiem o tym. - odpowiedziała, a ja zapewniłem ją spojrzeniem i pocałowałem ją w nos, patrząc jak radośnie się uśmiecha - to wspomnienie było powodem Twojego płaczu?
- Tak - odpowiedziała i kiwnęła twierdząco głową - nagle ta scena z przeszłości pojawiła się przed moimi oczami i wiesz.. - szepnęła, więc tylko twierdząco skinąłem głową.
Nie musiała już nic więcej mówić na ten temat.
Rozumiałem już wystarczająco.
Niby to nic takiego.
To nie gwałt, a molestowanie seksualnie..
Może trochę za bardzo to wyolbrzymiła?
Podkolorowała?
Nie wiem.
Robiłem się coraz bardziej śpiący, więc wtuliłem się w jej drobne, ciepłe ciało nasłuchując spokojnego rytmu uderzeń jej serca i zasnąłem.
Przebudziłem się i znów byłem sam w łóżku, tak jak wtedy w hotelu.
Ogarnęła mnie panika.
Wstałem i tak jak mnie Pan Bóg stworzył poszedłem rozejrzeć się po mieszkaniu.
Zastałem ją w bieliźnie i z mokrymi blond włosami opadającymi na ramiona.
Wyglądała... zjawiskowo.
- Już wstałeś? - spytała z promiennym uśmiechem spoglądając na mnie, stojącego w wejściu do kuchni, a ciepło rozlało mi się w klatce piersiowej.
Mój promyczek.
Uśmiechnąłem się z ulgą, a ona otworzyła lekko usta i wpatrywała się we mnie z szerzej otwartymi oczami niż zazwyczaj.
- Tak. Dzień dobry, kochanie. - odpowiedziałem lekko rozbawiony jej reakcją.
Przytuliłem ją i dłonią lekko zamknąłem jej buzię, po czym pocałowałem w usta - to tak na mój widok? - spytałem i znacząco spojrzałem po sobie w dół.
- Nie, to nie to. - odpowiedziała beztrosko, gdy powiodła wzrokiem za moim spojrzeniem i pocałowała mnie delikatnie w policzek - Twój uśmiech mnie rozbroił, totalnie. - wymruczała rozkosznie, klepnęła mnie w pośladek przechodząc obok, czemu towarzyszył dźwięczny głos.
- Ah! - wyrwało mi się z ust i zagryzłem dolną wargę ust - nie ładnie tak! - zażartowałem mierząc ją pożądliwym spojrzeniem.
- Ty mi tak też robisz! Zapomniałeś? Tylko, że lżej - powiedziała rozbawiona i wystawiła język, po czym wróciła do podsmażania szpinaku - ubierz się, bo się przeziębisz, dobrze? - mruknęła nawet nie obdarzając mnie spojrzeniem.
- Co to będzie? - spytałem ignorując jej wcześniejszą prośbę i po próbie wsadzenia palca do zielonej mazi i spróbowania - dostałem po rękach.
- Gorące jest jeszcze, poparzysz się. - odpowiedziała czule, więc zaplotłem ręce wokół jej talii i składałem pojedyncze, pełne czułości pocałunki na szyi, karku, ramionach i każdym innym odkrytym fragmencie jej skóry.
Nabrała trochę szpinaku na drewnianą łyżkę, którą mieszała, podmuchała, by trochę ostudzić i podała mi pod nos.
Pachniało bardzo apetycznie.
- Spróbuj i powiedz, czy czegoś brakuje. - zażądała, więc spróbowałem i zastanawiałem się przez chwilę.
- Czy tu jest ser? - spytałem lekko wystraszony.
- Tak, ser feta, a dlaczego pytasz? - odpowiedziała z pytaniem na moje pytanie, lecz chyba szybko odnalazła odpowiedź, bo zmarszczyła lekko brwi - nawet nie próbuj robić mi przykrości tym, że nie będziesz chciał zjeść! - dodała gniewnie, a ja przełknąłem ciężko ślinę - ser feta chyba możesz jeść, prawda? To nie jest mięso, ani żółtko jaj.. więc nie wydziwiaj.
- Dobrze - zadeklarowałem spokojnie - brakuje trochę soli.
- Idź pod prysznic i ubrać się.
- Tak jest, pani Kapitan! - zawołałem wesoło rozbawiony tym co mówiła dziś do mnie i zacząłem delikatnie kołysać nami na prawo i lewo. - Ale najpierw mam na coś innego ochotę.. - wymruczałem jednoznacznie wsuwając jedną dłoń za linię jej koronkowych fig, a drugą pod stanik pieszcząc jedną z jej piersi, na co Vanessa wypięła się lekko do tyłu i biust w przód - O.. tak. - zamruczałem z aprobatą - Dokładnie tak. - dodałem całując ją po plecach i zsuwając jej figi powoli w dół, wzdłuż jej długich nóg.
- Jared, nie chcę spalić tego szpinaku - powiedziała z błagalnym spojrzeniem i dłońmi opartymi blisko kuchenki.
- Ale ja też już nie mogę dłużej czekać. - powiedziałem napierając na nią mocniej - musimy nadrobić te dwa tygodnie.. bardzo za Tobą tęskniłem. - wymruczałem najbardziej przekonująco jak tylko potrafiłem, wiedząc, że może być ciężko z przekonaniem jej teraz.
Zagryzła dolną wargę ust rozważając niemo moje słowa.
Wiedziałem, że za chwilę znowu się połączymy i będziemy dzielić się swoimi oddechami.. i nie tylko nimi.
Po chwili, która zdawała się trwać dla mnie wieki - wyłączyła palnik, na którym podsmażała szpinak i odstawiła patelnię na bok.
Powoli obróciła się do mnie przodem z dziarskim uśmiechem i wskoczyła mi na ręce oplatając nogami moje biodra i całując zachłannie.
Kiedy ona tak się zmieniła?
Kiedy ja tak bardzo się zmieniłem?
Powędrowaliśmy w stronę stołu.
- O nie, tylko nie na stole - jęknęła z błagalnym spojrzeniem - nie zniosę, jeśli kolejne rzeczy z tej zastawy się stłuką - dodała, a ja pocałowałem ją w czubek nosa.
- Kupię Ci nową. - wymruczałem w odpowiedzi nie widząc w tym, żadnego problemu.
- Lubię TĘ zastawę... - szepnęła podkreślając jak ważna jest dla niej ta zastawa, więc westchnąłem cicho i przenieśliśmy się do sypialni, gdzie krzyczała z rozkoszy i wiła się pode mną. - Jared.. - wyszeptała cicho moje imię zaciskając palce na moich ramionach.
Zapragnąłem, żeby je wykrzyczała.
- Głośniej - zażądałem i dałem jej klapsa w pośladki na co ona wyprężyła się wyginając plecy w łuk i spojrzała na mnie ze wściekłością przeplataną z pożądaniem - Głośniej. Wykrzycz moje imię. - dodałem, a gdy Van patrzyła na mnie z tajemniczym uśmiechem - nie potrafiłem odgadnąć jej myśli.
Uległem jej, gdy popchnęła mnie na łóżko i plecami miękko uderzyłem o zdewastowaną przez nas pościel.
- Znalazłam coś Twojego... - wymruczała ze świadomością, jak to na mnie działa, po czym sięgnęła do reklamówki, którą wcześniej przywiozłem ze sobą. Wyciągnęła z niej kajdanki z sex shopu i zakręciła na palcu wskazującym. - Może wypróbujemy teraz Twoje zabawki? - spytała z cwanym uśmiechem.
Przez moją twarz przebiegł cień zaskoczenia, lecz skomentowałem to pomrukiem aprobaty.
Nie spodziewałem się jednak, że to ja będę przedmiotem do testowania tych wszystkich zabawek, które kupiłem z myślą o niej.. i aż trochę wstyd mi się przyznać przed samym sobą, ale to ja chciałem je wszystkie wypróbować - właśnie na niej.
- Muszę już iść. - powiedziała susząc włosy po kolejnej kąpieli.
- Gdzie się wybierasz? - spytałem lekko zdziwiony.
- Do pracy Jared, do pracy. - odpowiedziała malując kreski na powiekach oczu brązowym eyelinerem i uśmiechając się delikatnie. - równo? - spytała wskazując palcem na powieki oczu.
Zaśmiałem się i przytaknąłem kiwając twierdząco głową.
- Idealnie. - odpowiedziałem i pocałowałem ją w jeszcze nie umalowane pomadką usta.
Słodki ich smak zmieszany z świeżością pasty do zębów i płynem do płukania jamy ustnej.
Osobiście preferowałem, kiedy czułem od niej słodki smak czekolady.
- To dobrze. - powiedziała łagodnie i przyglądała mnie się przez chwilę uważnie - trzymając w dłoniach wciąż eyeliner.
Uśmiechnęła się pogodnie.
- Co jest? - spytałem nie wiedząc dokładnie o co chodzi z tym nieodgadnionym uśmiechem.
- Nic.
- To dlaczego tak się uśmiechnęłaś? - spytałem lekko zdziwiony, choć z niemaskowanym uśmiechem.
- O tak, nie mogę? - spytała i pokazała mi język, po czym odłożyła kosmetyk, wzięła różową pomadkę i wróciła do przyglądania się w lustrze, skupiając się bardzo na precyzyjnym pomalowaniu ust i w międzyczasie, sprzeczaniu się ze mną, że to nie jest różowy tylko "pout".
Oh, jak tam woli.
Według mnie, nie robi to większej różnicy.
Chociaż ja sam - za czasów blond irokeza - tłumaczyłem wszystkim, że irokez nie jest wyfarbowany na "różowy", lecz na CYKLAMENTOWY, a to jest przecież różnica, prawda?
wtorek, 25 czerwca 2013
25. "Wszystkiego najlepszego Jared, będziesz tatem!"
Nawet w samolocie dręczył mnie kac morderca, a turbulencje wcale nie dawały taryfy ulgowej mojemu żołądkowi.
Próbowałem skupić się na oglądaniu filmu, ale z każdą chwilą coraz gorzej się czułem.
Nie macie pojęcia, jaką odczułem ulgę, gdy stanąłem w końcu na lądzie.
- Przeklęta maszyna.. - syknąłem pod nosem i rzucając przez ramię ostatnie spojrzenie w stronę samolotu, a jakaś starsza kobieta zachichotała, więc poprawiłem okulary słoneczne na nosie (mimo, że była 3 nad ranem) i pasek od torby na ramieniu.
Po chwili odebrałem bagaż i taksówką wróciłem do swojego mieszkania.
Rzuciłem torbę koło łóżka, napiłem się wody i wskoczyłem pod prysznic.
Nie dosłownie.
Gdy założyłem czyste ubrania uśmiech sam wkradł się na moje usta.
Czułem, że jestem zmęczony i skacowany, ale podniecenie brało górę nad tym wszystkim.
Chwyciłem reklamówkę z "prezentem" dla Van i skierowałem się do drzwi.
- A Ty gdzie się wybierasz? - wychrypiał zaspanym głosem Shannon.
Chyba go obudziłem.
- A tu i tam.. - mruknąłem cicho, choć dalej z bananem na twarzy.
Miałem cudowny nastrój!
- Śpi o tej porze. Nie budź jej. - syknął - Jak już musisz, to rano pojedź do niej.
Udałem, że się nad tym zastanawiam i wydałem z siebie pomruk zastanowienia.
- No to cześć! - odpowiedziałem i zanim Shann zdążył cokolwiek powiedzieć - mnie już nie było.
Starałem się nie zasnąć przed kierownicą, a po dłuższej chwili otwierałem już drzwi od jej mieszkania.
Było ciemno i przeraźliwie cicho.
Oświetlałem sobie drogę telefonem, żebym nie wyciął orła i obudził ją potykając się o coś.
Wyłączyłem zupełnie telefon patrząc jak blade światło księżyca z z powoli nadchodzącym nowym dniem wdziera się do sypialni.
Widząc jak słodko śpi, a jej koszulka, zbytnio zadarta do góry ukazuje delikatny zarys jej piersi - uśmiechnąłem się.
Z momentem, gdy ją zobaczyłem - cały mój misterny plan szlag trafił.
Położyłem torbę z zakupem niedaleko jej łóżka, a ja sam przysiadłem na jego krawędzi obserwując ją przez dobrą chwilę.
Pogładziłem ją po twarzy i nachylając się ku niej - lekko pocałowałem w czoło, na co ona lekko zmarszczyła brwi i uchyliła lekko powieki oczu.
- Hej. - szepnąłem, gdy przeciągnęła się i spoglądała na mnie zaspanym wzrokiem, mrugając powoli i wielokrotnie.
W tym świetle jej tęczówki zdawały się mieć teraz odcień zielono-niebieski.
Very hypnotizing.
- Wyspałaś się? - spytałem, a ona lekko uniosła kąciki ust i wyciągnęła ręce w moim kierunku przyciągając mnie za szyję do siebie i całując delikatnie w usta.
- Mogłeś się ogolić, powiedziała po chwili, dotykając dłońmi mojej twarzy i zaglądając czule w moje oczy.
Pocałowałem wewnętrzną stronę jej dłoni i nachyliłem się ku niej po raz kolejny dzisiejszego bardzo, baardzo wczesnego poranka.
Już dłużej nie mogłem tego znieść i powstrzymywać się.
Zacząłem ją powoli całować i dotykać, a ona jeszcze trochę senna - nie opierała się.
Musiałem osobiście sprawdzić, czy nic się nie zmieniło przez te dwa tygodnie i czy wszystko jest na swoim miejscu.
- Tak bardzo tęskniłem za Tobą.. - wyszeptałem do jej ucha, po czym znów całowałem ją po szyi i dekolcie.
Przeczesywała palcami moje włosy i prężyła się pode mną, jak młoda kotka wciąż bardzo chętna do zabawy. - Kochanie.. - szepnąłem znów do jej ucha przywierając do niej mocno i ciasno z cichym jękiem. Szeroki uśmiech wkradł mi się na usta - Piersi Ci urosły.
- Aleś Ty spostrzegawczy. - warknęła z lekką irytacją. - to może źle? - dodała, ale nie pozwoliłem jej już nic więcej mówić.
- Ależ skąd! Bardzo mnie to cieszy. - odpowiedziałem trochę bezczelnie, ale szczerze i pieszcząc ją, a gdy znów chciała dodać coś równie zgryźliwie - zamknąłem jej usta pocałunkiem.
Rozpalić ją wcale nie było trudno, trochę gorzej było z przełamaniem jej oślego uporu, aby poddała się zupełnie pieszczotom i nie tylko.. oraz żeby zaczęła współpracować ze mną.
Chyba uwielbiała stawiać mi opór.
- Vanessa. Chcę Cię spytać dlaczego-...
- JARED. Proszę Cię, nie teraz.. proszę. - powiedziała wręcz błagalnie, choć stanowczo przerywając mi. - Dlaczego chcesz poruszać takie tematy, w TAKIEJ chwili? - dodała rozchylając lekko nogi i uśmiechając się zachęcająco z przegryzioną dolną wargą ust. - Nie psuj tego.. - wyszeptała, więc twierdząco skinąłem głową i wszedłem w nią jednym mocnym pchnięciem, tak jak już miałem w zwyczaju.
Ku mojemu zdziwieniu wstrzymała na moment oddech i wyprężyła plecy w łuk, a jej paznokcie mocno wbiły się w moje ramiona jak za pierwszym razem.
Starałem się nie skrzywić z bólu, więc zacząłem się poruszać.
Zdziwiła mnie jej reakcja.
Byłem pewny, że już przywykła do tego, w jaki sposób się kochamy.
- O MÓJ BOŻE.. - powiedziałem z przerażeniem obserwując jej zapłakaną twarz. - Zrobiłem coś nie tak? - w odpowiedzi pokręciła przecząco głową. - Boli Cię coś? - zadałem kolejne pytanie i dostałem taką samą odpowiedź. - Co się stało? Dlaczego płaczesz? - pytałem lekko wystraszony, że mogłem sprawić jej ból, lecz ona zagryzała dolną wargę ust prawie do krwi i pokręciła przecząco głową.
- Wszystko dobrze.. - szepnęła - kontynuuj. - poleciła, lecz ja zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że nie zrobiłem tego delikatniej, więc po prostu przerwałem.
Otarłem kciukiem jej policzki z łez i pocałowałem w usta.
Leżałem tuż obok niej, obserwując ją bardzo uważnie z delikatnym, choć przepraszającym uśmiechem.
- Przepraszam, że sprawiłam Ci przykrość.. - wyszeptała podkulając pod siebie kolana i obejmując je ramionami, a oczy znów zaszły jej tymi gorzkimi łzami - i po raz drugi tej nocy zaczęły spływać jej po twarzy.
Ten widok łamał mi serce, więc po prostu przyciągnąłem ją blisko do siebie i otarłem jej łzy.
Znowu.
- To ja sprawiłem, że płakałaś.. przeze mnie. - pocałowałem ją w czoło, a ona pokręciła przecząco głową.
Jeśli to nie przeze mnie.. to w takim razie przez co?
- Bo ja-... - zaczęła mówić, lecz urwała i zakryła twarz dłońmi.
Płacz zaczął wstrząsać jej drobnym - według mnie - ciałem.
Tłumiony kolejny napad płaczu.
Poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku, bałem się tego, co chciała mi powiedzieć, lecz jeszcze nie mogła.
Walczyła ze sobą, czy może mi powiedzieć, czy też nie.
Przełknęła ciężko ślinę i spojrzała na mnie, a moje serce zaczęło bić znacznie szybciej ze strachu.
- Byłeś-.. byłeś kiedyś molestowany seksualnie? - spytała cicho przy okazji nakrywając się wyżej pościelą, prawie po sam kark - a ja? Ja poczułem, jakby uderzyła mnie bardzo mocno patelnią teflonową w potylicę i krzyknęła "Wszystkiego najlepszego Jared, będziesz tatem!".
Teraz to ja przełknąłem ciężko ślinę i przyciągnąłem ją bliżej siebie, czując jej ciepły oddech na skórze.
Starałem się jak najbardziej zmniejszyć dystans pomiędzy nami w nadziei, że wraz z ciepłem uda się, w ten sposób przenieść wspomnienia z jej ciała do mojego.
Naiwne, co?
Nie patrzyła mi w oczy, miałem wrażenie, że nie ma teraz odwagi na taki ruch.
Wpatrywała się w triadę zawieszoną na mojej szyi i po chwili obracała ją w palcach przyglądając jej się uważnie.
Łzy znów naszły jej do oczu.
Oh, błagam! Nie znęcaj się tak nade mną w ten sposób! Nie każ mi patrzeć na łzy osoby, którą.. którą darzę uczuciem..
Byłem lekko zdezorientowany jej pytaniem.
- Pytam, czy ktoś kiedyś molestował Cię seksualnie, gdy byłeś młodszy.. - powtórzyła pytanie, tym razem bardziej je precyzując.
Zamilkła na moment i patrzyła się nieruchowo w triadę. Jakby wstydziła się tego, co powiedziała.. jakby uznała to pytanie za głupie.. lub też, jakby wróciła się pamięcią do przeszłości.
- Przez fangirls na koncertach i poza, też się liczy? - spytałem półżartem-półserio z głupkowatym uśmiechem co było błędem, bo widziałem jak wściekłość w niej narasta i zaciska usta w cienką linię, a jej palce zaciskają się na wisiorku - i kostki jej bieleją.
- Nienawidzę, gdy nie traktujesz poważnie tak ważnych tematów. - wysyczała rozzłoszczona zabierając ode mnie dłonie i próbując odsunąć się na długość swoich rąk, lecz nie pozwoliłem jej na to obejmując czule, choć w żelaznym uścisku, z którego nie potrafiła się wyswobodzić.
Ah, cóż mogę poradzić na to, że nie potrafię ugryźć się w język i pierdolę głupoty, gdy jestem zdezorientowany i trochę wystraszony?
Gdy nie wiem czego mogę się spodziewać?
Gdy czuję, że coś złego ma się wydarzyć za chwilę?
Za moment?
Co jest z nią?
Najpierw czuła, napalona, potem zła.. następnie znów chętna i znowu zła..
Napięcie przedmiesiączkowe?
Kto wie.
Kobiety ciężko jest zrozumieć.
Spoważniałem zaraz po tym wewnętrznym monologu, wziąłem w swoją dłoń jej dłoń i ucałowałem palce jej dłonie.
- Co się stało, skarbie? Opowiedz mi. - poprosiłem z troską i obserwowałem jak walczy z kolejną falą żalu i rozgoryczenia.
Ona zawsze była tak cholernie rozchwiana emocjonalnie?
Wtuliła twarz w moją szyję, a palce dłoni zacisnęła mocniej na moim przedramieniu lekko drżąc.
I znów była czuła.
Próbowała być silna i walczyć z tym wspomnieniem, lecz ja sam.. czułem, że jest to bardzo bolesne dla niej.
- Nic. - wyszeptała cicho.
- Nie kłam.
- Wcale nie kłamię.. - znów skłamała i mocniej zagryzła wargę ust.
Jakoś stało się to jej zwyczajem, że gdy kłamała to przegryzała dolną wargę.
- Van.. to czemu płaczesz? Co się stało? Powiedz mi. - wciąż nalegałem, a ona doskonale już wiedziała, że nie odpuszczę, że będę nalegał, aż w końcu mi powie.. jak nie dziś - to jutro, a jeśli nie jutro - to kiedy indziej.
- Nie kłamię.. - znów skłamała i mocniej przegryzła wargę prawie do krwi.
Wpatrywałem się w nią z uporem i chyba pod wpływem spojrzenia odetchnęła głębiej.
Pocałowałem jej odkryte ramię, a ona objęła mnie mocniej.
- Parę lat temu... kiedy byłam młodsza.. a nawet nie miałam jeszcze jedenastu lat.. - urwała na chwilę i pocałowała mnie w szyję.
Objąłem ją jeszcze mocniej o ile było to możliwe, by dodać jej otuchy, gdyż widziałem, że zbiera w sobie odwagę, by dokończyć swoją historię.
Kolejny raz przełknąłem ciężko ślinę, czując jej strach.
Nie chciałem jej przerywać.
- Miałam starszego... "kolegę", który dotykał mnie... i-... to nie było miłe.. nie powinien dotykać mnie w taki sposób.. to nie było przyjemne. - dodała i na nowo rozpłakała się. - Jared.. to naprawdę nie było przyjemne! - dodała między salwami spazmatycznego płaczu i atakami histerii.
Biedna moja mała.
Nie zauważyłem nawet kiedy zacisnąłem bardzo mocno szczęki i dłonie w pięści.
Zebrały się we mnie takie pokłady nienawiści, że mogłem góry przenosić.. jak to jakiś gówniarz ją dotykał?... "dotykał"? On ją molestował!
- Jak się nazywa? - spytałem i aż się zdziwiłem jak bardzo lodowaty jest mój głos w tym momencie.
W myśli układałem już plan co mu zrobię jak go znajdę.. oh, nawet nie wiedział, że to kiedyś będzie jego wyrokiem na "samobójstwo".
- Nie powiem Ci. - odpowiedziała stanowczo.
Oh.. Chyba przejrzała mnie i moje zamiary.
- Wiem, że chcesz go zabić.. - dodała i zajrzała mi głęboko w oczy.
Zobaczyłem w nich wiele wdzięczności i czegoś.. czegoś, czego nie mogłem w tej chwili nazwać. - Nie chciałabym odwiedzać Cię w więzieniu lub zakładzie dla psychicznie chorych.. - mruknęła, a ja odrobinę posmutniałem.
Znowu jest zła?
Byłem gotów zabić dla niej każdego skurwysyna, który ośmielił się i ośmieliłby się ją dotknąć.. a ona nie chciałaby odwiedzić mnie w więzieniu czy w psychiatryku ... ?
Pocałowała mnie w kącik ust.
- Dlaczego? Nie odwiedzałabyś mnie? - spytałem zakładając kosmyk blond włosów za jej ucho.
Ślicznie jej w tym kolorze.
- Raz w tygodniu? Myślisz, że to by mi wystarczyło? - spytała mrużąc lekko oczy z tym zadziornym uśmiechem - A z kim miałabym się kochać, gdyby Ciebie nie było? - spytała siadając na mnie z prowokacyjnym uśmiechem, a ja poczułem kolejną falę uderzającego mnie gorąca. - z Shannonem może? - droczyła się ze mną, delikatnie ocierając się o mnie, o moje krocze.
Spojrzałem w okno, za którym robiło się już jasno, a słońce lada moment miało wyjrzeć zza horyzontu.
Próbowałem zachować neutralną minę, lecz na myśl, że Vanessa miałaby krzyczeć z rozkoszy z moim bratem... grymas niezadowolenia i złości siłą wdarł się na moją twarz.
Teraz znów jest podniecona i chętna?
Oh, Lord.. kiedyś zwariuję z tą dziewczyną.
Roześmiała się i pocałowała mnie w usta, bo poza tym.. jak mogłem udawać, że nic mnie to nie rusza, skoro czułem ciepło zbierające się w dolnej partii mojego ciała, hm?
- W Twoich snach chyba! - powiedziałem rozzłoszczony, a ona dalej mnie kokietowała mimiką twarzy, cichymi odgłosami, poruszaniem się i dotykiem dłoni. - Chociaż nie.. w Twoich snach jest miejsce tylko dla mnie, dla Ciebie i dla nikogo więcej. - dodałem z chytrym uśmiechem i pocałowałem ją szybko w usta.
Nie potrafię ukryć, że podoba mi się i mnie podnieca z każdym dniem coraz bardziej.
Uwielbiam tę jej ładnie wyrzeźbioną sylwetkę kilkuletnimi praktykami gry w koszykówkę i równocześnie miękkość jej ciała.
Krągłości jakie dopiero teraz nabierała, podczas przerwy i - odkąd przestała grać.
Przewróciłem ją na plecy i teraz to ja byłem górą.
- Does it hurt? - spytała szczebiocząc i robiąc tak niewinną minę, że uwierzyłbym na słowo, gdyby teraz powiedziała mi, że jest to jej pierwszy raz.
Jedyne co ją zdradzało, to pożądanie pałające w jej oczach i wyczuwalne w całym mieszkaniu.
Uśmiechnąłem się do niej dziarsko.
Czy odpowiedź nie była oczywista?
Próbowałem skupić się na oglądaniu filmu, ale z każdą chwilą coraz gorzej się czułem.
Nie macie pojęcia, jaką odczułem ulgę, gdy stanąłem w końcu na lądzie.
- Przeklęta maszyna.. - syknąłem pod nosem i rzucając przez ramię ostatnie spojrzenie w stronę samolotu, a jakaś starsza kobieta zachichotała, więc poprawiłem okulary słoneczne na nosie (mimo, że była 3 nad ranem) i pasek od torby na ramieniu.
Po chwili odebrałem bagaż i taksówką wróciłem do swojego mieszkania.
Rzuciłem torbę koło łóżka, napiłem się wody i wskoczyłem pod prysznic.
Nie dosłownie.
Gdy założyłem czyste ubrania uśmiech sam wkradł się na moje usta.
Czułem, że jestem zmęczony i skacowany, ale podniecenie brało górę nad tym wszystkim.
Chwyciłem reklamówkę z "prezentem" dla Van i skierowałem się do drzwi.
- A Ty gdzie się wybierasz? - wychrypiał zaspanym głosem Shannon.
Chyba go obudziłem.
- A tu i tam.. - mruknąłem cicho, choć dalej z bananem na twarzy.
Miałem cudowny nastrój!
- Śpi o tej porze. Nie budź jej. - syknął - Jak już musisz, to rano pojedź do niej.
Udałem, że się nad tym zastanawiam i wydałem z siebie pomruk zastanowienia.
- No to cześć! - odpowiedziałem i zanim Shann zdążył cokolwiek powiedzieć - mnie już nie było.
Starałem się nie zasnąć przed kierownicą, a po dłuższej chwili otwierałem już drzwi od jej mieszkania.
Było ciemno i przeraźliwie cicho.
Oświetlałem sobie drogę telefonem, żebym nie wyciął orła i obudził ją potykając się o coś.
Wyłączyłem zupełnie telefon patrząc jak blade światło księżyca z z powoli nadchodzącym nowym dniem wdziera się do sypialni.
Widząc jak słodko śpi, a jej koszulka, zbytnio zadarta do góry ukazuje delikatny zarys jej piersi - uśmiechnąłem się.
Z momentem, gdy ją zobaczyłem - cały mój misterny plan szlag trafił.
Położyłem torbę z zakupem niedaleko jej łóżka, a ja sam przysiadłem na jego krawędzi obserwując ją przez dobrą chwilę.
Pogładziłem ją po twarzy i nachylając się ku niej - lekko pocałowałem w czoło, na co ona lekko zmarszczyła brwi i uchyliła lekko powieki oczu.
- Hej. - szepnąłem, gdy przeciągnęła się i spoglądała na mnie zaspanym wzrokiem, mrugając powoli i wielokrotnie.
W tym świetle jej tęczówki zdawały się mieć teraz odcień zielono-niebieski.
Very hypnotizing.
- Wyspałaś się? - spytałem, a ona lekko uniosła kąciki ust i wyciągnęła ręce w moim kierunku przyciągając mnie za szyję do siebie i całując delikatnie w usta.
- Mogłeś się ogolić, powiedziała po chwili, dotykając dłońmi mojej twarzy i zaglądając czule w moje oczy.
Pocałowałem wewnętrzną stronę jej dłoni i nachyliłem się ku niej po raz kolejny dzisiejszego bardzo, baardzo wczesnego poranka.
Już dłużej nie mogłem tego znieść i powstrzymywać się.
Zacząłem ją powoli całować i dotykać, a ona jeszcze trochę senna - nie opierała się.
Musiałem osobiście sprawdzić, czy nic się nie zmieniło przez te dwa tygodnie i czy wszystko jest na swoim miejscu.
- Tak bardzo tęskniłem za Tobą.. - wyszeptałem do jej ucha, po czym znów całowałem ją po szyi i dekolcie.
Przeczesywała palcami moje włosy i prężyła się pode mną, jak młoda kotka wciąż bardzo chętna do zabawy. - Kochanie.. - szepnąłem znów do jej ucha przywierając do niej mocno i ciasno z cichym jękiem. Szeroki uśmiech wkradł mi się na usta - Piersi Ci urosły.
- Aleś Ty spostrzegawczy. - warknęła z lekką irytacją. - to może źle? - dodała, ale nie pozwoliłem jej już nic więcej mówić.
- Ależ skąd! Bardzo mnie to cieszy. - odpowiedziałem trochę bezczelnie, ale szczerze i pieszcząc ją, a gdy znów chciała dodać coś równie zgryźliwie - zamknąłem jej usta pocałunkiem.
Rozpalić ją wcale nie było trudno, trochę gorzej było z przełamaniem jej oślego uporu, aby poddała się zupełnie pieszczotom i nie tylko.. oraz żeby zaczęła współpracować ze mną.
Chyba uwielbiała stawiać mi opór.
- Vanessa. Chcę Cię spytać dlaczego-...
- JARED. Proszę Cię, nie teraz.. proszę. - powiedziała wręcz błagalnie, choć stanowczo przerywając mi. - Dlaczego chcesz poruszać takie tematy, w TAKIEJ chwili? - dodała rozchylając lekko nogi i uśmiechając się zachęcająco z przegryzioną dolną wargą ust. - Nie psuj tego.. - wyszeptała, więc twierdząco skinąłem głową i wszedłem w nią jednym mocnym pchnięciem, tak jak już miałem w zwyczaju.
Ku mojemu zdziwieniu wstrzymała na moment oddech i wyprężyła plecy w łuk, a jej paznokcie mocno wbiły się w moje ramiona jak za pierwszym razem.
Starałem się nie skrzywić z bólu, więc zacząłem się poruszać.
Zdziwiła mnie jej reakcja.
Byłem pewny, że już przywykła do tego, w jaki sposób się kochamy.
- O MÓJ BOŻE.. - powiedziałem z przerażeniem obserwując jej zapłakaną twarz. - Zrobiłem coś nie tak? - w odpowiedzi pokręciła przecząco głową. - Boli Cię coś? - zadałem kolejne pytanie i dostałem taką samą odpowiedź. - Co się stało? Dlaczego płaczesz? - pytałem lekko wystraszony, że mogłem sprawić jej ból, lecz ona zagryzała dolną wargę ust prawie do krwi i pokręciła przecząco głową.
- Wszystko dobrze.. - szepnęła - kontynuuj. - poleciła, lecz ja zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że nie zrobiłem tego delikatniej, więc po prostu przerwałem.
Otarłem kciukiem jej policzki z łez i pocałowałem w usta.
Leżałem tuż obok niej, obserwując ją bardzo uważnie z delikatnym, choć przepraszającym uśmiechem.
- Przepraszam, że sprawiłam Ci przykrość.. - wyszeptała podkulając pod siebie kolana i obejmując je ramionami, a oczy znów zaszły jej tymi gorzkimi łzami - i po raz drugi tej nocy zaczęły spływać jej po twarzy.
Ten widok łamał mi serce, więc po prostu przyciągnąłem ją blisko do siebie i otarłem jej łzy.
Znowu.
- To ja sprawiłem, że płakałaś.. przeze mnie. - pocałowałem ją w czoło, a ona pokręciła przecząco głową.
Jeśli to nie przeze mnie.. to w takim razie przez co?
- Bo ja-... - zaczęła mówić, lecz urwała i zakryła twarz dłońmi.
Płacz zaczął wstrząsać jej drobnym - według mnie - ciałem.
Tłumiony kolejny napad płaczu.
Poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku, bałem się tego, co chciała mi powiedzieć, lecz jeszcze nie mogła.
Walczyła ze sobą, czy może mi powiedzieć, czy też nie.
Przełknęła ciężko ślinę i spojrzała na mnie, a moje serce zaczęło bić znacznie szybciej ze strachu.
- Byłeś-.. byłeś kiedyś molestowany seksualnie? - spytała cicho przy okazji nakrywając się wyżej pościelą, prawie po sam kark - a ja? Ja poczułem, jakby uderzyła mnie bardzo mocno patelnią teflonową w potylicę i krzyknęła "Wszystkiego najlepszego Jared, będziesz tatem!".
Teraz to ja przełknąłem ciężko ślinę i przyciągnąłem ją bliżej siebie, czując jej ciepły oddech na skórze.
Starałem się jak najbardziej zmniejszyć dystans pomiędzy nami w nadziei, że wraz z ciepłem uda się, w ten sposób przenieść wspomnienia z jej ciała do mojego.
Naiwne, co?
Nie patrzyła mi w oczy, miałem wrażenie, że nie ma teraz odwagi na taki ruch.
Wpatrywała się w triadę zawieszoną na mojej szyi i po chwili obracała ją w palcach przyglądając jej się uważnie.
Łzy znów naszły jej do oczu.
Oh, błagam! Nie znęcaj się tak nade mną w ten sposób! Nie każ mi patrzeć na łzy osoby, którą.. którą darzę uczuciem..
Byłem lekko zdezorientowany jej pytaniem.
- Pytam, czy ktoś kiedyś molestował Cię seksualnie, gdy byłeś młodszy.. - powtórzyła pytanie, tym razem bardziej je precyzując.
Zamilkła na moment i patrzyła się nieruchowo w triadę. Jakby wstydziła się tego, co powiedziała.. jakby uznała to pytanie za głupie.. lub też, jakby wróciła się pamięcią do przeszłości.
- Przez fangirls na koncertach i poza, też się liczy? - spytałem półżartem-półserio z głupkowatym uśmiechem co było błędem, bo widziałem jak wściekłość w niej narasta i zaciska usta w cienką linię, a jej palce zaciskają się na wisiorku - i kostki jej bieleją.
- Nienawidzę, gdy nie traktujesz poważnie tak ważnych tematów. - wysyczała rozzłoszczona zabierając ode mnie dłonie i próbując odsunąć się na długość swoich rąk, lecz nie pozwoliłem jej na to obejmując czule, choć w żelaznym uścisku, z którego nie potrafiła się wyswobodzić.
Ah, cóż mogę poradzić na to, że nie potrafię ugryźć się w język i pierdolę głupoty, gdy jestem zdezorientowany i trochę wystraszony?
Gdy nie wiem czego mogę się spodziewać?
Gdy czuję, że coś złego ma się wydarzyć za chwilę?
Za moment?
Co jest z nią?
Najpierw czuła, napalona, potem zła.. następnie znów chętna i znowu zła..
Napięcie przedmiesiączkowe?
Kto wie.
Kobiety ciężko jest zrozumieć.
Spoważniałem zaraz po tym wewnętrznym monologu, wziąłem w swoją dłoń jej dłoń i ucałowałem palce jej dłonie.
- Co się stało, skarbie? Opowiedz mi. - poprosiłem z troską i obserwowałem jak walczy z kolejną falą żalu i rozgoryczenia.
Ona zawsze była tak cholernie rozchwiana emocjonalnie?
Wtuliła twarz w moją szyję, a palce dłoni zacisnęła mocniej na moim przedramieniu lekko drżąc.
I znów była czuła.
Próbowała być silna i walczyć z tym wspomnieniem, lecz ja sam.. czułem, że jest to bardzo bolesne dla niej.
- Nic. - wyszeptała cicho.
- Nie kłam.
- Wcale nie kłamię.. - znów skłamała i mocniej zagryzła wargę ust.
Jakoś stało się to jej zwyczajem, że gdy kłamała to przegryzała dolną wargę.
- Van.. to czemu płaczesz? Co się stało? Powiedz mi. - wciąż nalegałem, a ona doskonale już wiedziała, że nie odpuszczę, że będę nalegał, aż w końcu mi powie.. jak nie dziś - to jutro, a jeśli nie jutro - to kiedy indziej.
- Nie kłamię.. - znów skłamała i mocniej przegryzła wargę prawie do krwi.
Wpatrywałem się w nią z uporem i chyba pod wpływem spojrzenia odetchnęła głębiej.
Pocałowałem jej odkryte ramię, a ona objęła mnie mocniej.
- Parę lat temu... kiedy byłam młodsza.. a nawet nie miałam jeszcze jedenastu lat.. - urwała na chwilę i pocałowała mnie w szyję.
Objąłem ją jeszcze mocniej o ile było to możliwe, by dodać jej otuchy, gdyż widziałem, że zbiera w sobie odwagę, by dokończyć swoją historię.
Kolejny raz przełknąłem ciężko ślinę, czując jej strach.
Nie chciałem jej przerywać.
- Miałam starszego... "kolegę", który dotykał mnie... i-... to nie było miłe.. nie powinien dotykać mnie w taki sposób.. to nie było przyjemne. - dodała i na nowo rozpłakała się. - Jared.. to naprawdę nie było przyjemne! - dodała między salwami spazmatycznego płaczu i atakami histerii.
Biedna moja mała.
Nie zauważyłem nawet kiedy zacisnąłem bardzo mocno szczęki i dłonie w pięści.
Zebrały się we mnie takie pokłady nienawiści, że mogłem góry przenosić.. jak to jakiś gówniarz ją dotykał?... "dotykał"? On ją molestował!
- Jak się nazywa? - spytałem i aż się zdziwiłem jak bardzo lodowaty jest mój głos w tym momencie.
W myśli układałem już plan co mu zrobię jak go znajdę.. oh, nawet nie wiedział, że to kiedyś będzie jego wyrokiem na "samobójstwo".
- Nie powiem Ci. - odpowiedziała stanowczo.
Oh.. Chyba przejrzała mnie i moje zamiary.
- Wiem, że chcesz go zabić.. - dodała i zajrzała mi głęboko w oczy.
Zobaczyłem w nich wiele wdzięczności i czegoś.. czegoś, czego nie mogłem w tej chwili nazwać. - Nie chciałabym odwiedzać Cię w więzieniu lub zakładzie dla psychicznie chorych.. - mruknęła, a ja odrobinę posmutniałem.
Znowu jest zła?
Byłem gotów zabić dla niej każdego skurwysyna, który ośmielił się i ośmieliłby się ją dotknąć.. a ona nie chciałaby odwiedzić mnie w więzieniu czy w psychiatryku ... ?
Pocałowała mnie w kącik ust.
- Dlaczego? Nie odwiedzałabyś mnie? - spytałem zakładając kosmyk blond włosów za jej ucho.
Ślicznie jej w tym kolorze.
- Raz w tygodniu? Myślisz, że to by mi wystarczyło? - spytała mrużąc lekko oczy z tym zadziornym uśmiechem - A z kim miałabym się kochać, gdyby Ciebie nie było? - spytała siadając na mnie z prowokacyjnym uśmiechem, a ja poczułem kolejną falę uderzającego mnie gorąca. - z Shannonem może? - droczyła się ze mną, delikatnie ocierając się o mnie, o moje krocze.
Spojrzałem w okno, za którym robiło się już jasno, a słońce lada moment miało wyjrzeć zza horyzontu.
Próbowałem zachować neutralną minę, lecz na myśl, że Vanessa miałaby krzyczeć z rozkoszy z moim bratem... grymas niezadowolenia i złości siłą wdarł się na moją twarz.
Teraz znów jest podniecona i chętna?
Oh, Lord.. kiedyś zwariuję z tą dziewczyną.
Roześmiała się i pocałowała mnie w usta, bo poza tym.. jak mogłem udawać, że nic mnie to nie rusza, skoro czułem ciepło zbierające się w dolnej partii mojego ciała, hm?
- W Twoich snach chyba! - powiedziałem rozzłoszczony, a ona dalej mnie kokietowała mimiką twarzy, cichymi odgłosami, poruszaniem się i dotykiem dłoni. - Chociaż nie.. w Twoich snach jest miejsce tylko dla mnie, dla Ciebie i dla nikogo więcej. - dodałem z chytrym uśmiechem i pocałowałem ją szybko w usta.
Nie potrafię ukryć, że podoba mi się i mnie podnieca z każdym dniem coraz bardziej.
Uwielbiam tę jej ładnie wyrzeźbioną sylwetkę kilkuletnimi praktykami gry w koszykówkę i równocześnie miękkość jej ciała.
Krągłości jakie dopiero teraz nabierała, podczas przerwy i - odkąd przestała grać.
Przewróciłem ją na plecy i teraz to ja byłem górą.
- Does it hurt? - spytała szczebiocząc i robiąc tak niewinną minę, że uwierzyłbym na słowo, gdyby teraz powiedziała mi, że jest to jej pierwszy raz.
Jedyne co ją zdradzało, to pożądanie pałające w jej oczach i wyczuwalne w całym mieszkaniu.
Uśmiechnąłem się do niej dziarsko.
Czy odpowiedź nie była oczywista?
piątek, 14 czerwca 2013
24. Przeszłość niech zostanie tam, gdzie jest jej miejsce/ The past should stay where she belongs.
Sorry za wulgaryzmy, bezpośredniość i ewentualne błędy, ale piszę to na pół śpiąco.. potem to poprawię.
--- --- --- --- ------------ ------- ------ -------------- ------ ------- ------- -- --- - ---- -------- ------------- ------ -
***
Obudziłem się z potwornym kacem. Poderwałem się do siadu na wspomnienie Vanessy, lecz od razu tego pożałowałem.. ból rozdzierał moją głowę. Opadłem znów na poduszkę i dłońmi zakryłem twarz.
- Leto, to już nie te lata i nie to zdrowie. - burknąłem sam siebie i przez dłuższą chwilę leżałem. Nie miałem ochoty wstawać, a czekałem aż obrazy z wczorajszej nocy same poukładają się w całość.
Przebłyski momentów. Zupełnie tak, jakbym próbował przypomnieć sobie ulubiony film z dzieciństwa.
- Zaraz, zaraz..!
Ona miała blond włosy?
Była taka czuła wobec mnie?
Nie..
To musiał być sen..
taki piękny-.. kurwa! - przeprowadziłem monolog i jednak poderwałem się do siadu i obejrzałem rękę na której widniał napis "Lot nr 52771 do LA z godziny 14:10", znaczy, że.. spojrzałem na zegarek, który wskazywał na 14:24.. co za pech!
Znów runąłem na łóżko, lecz mimo to na moją twarz wdarł się szeroki uśmiech.
Przeokropnie chciało mi się pić..
Spojrzałem w lewo na półkę nocną i co zobaczyłem? Schłodzoną butelkę wody niegazowanej z małą karteczką wciśniętą pod etykietkę.
- "Znaj moją łaskę.. Van." - parsknąłem śmiechem pod nosem.
Tak, to mogła napisać ona.
Powędrowałem do łazienki by wziąć prysznic. Wciąż czułem od siebie alkohol i pot.
Przekręciłem uchwyt i puściłem letnią wodę z prysznica, a przechodząc obok lustra coś przykuło moją uwagę.
Natychmiast wróciłem się i przyglądałem się swojemu odbiciu.
- Co do-... - mruknąłem patrząc na lewą pierś. - Malinka? - mruknąłem pod nosem przecierając palcami w nadziei, że to tylko kobieca szminka. Niestety. - "Właściciel: VANESSA FAREWELL." - przeczytałem i zacząłem się śmiać jak chory psychicznie człowiek.
Ona naprawdę tu była.
Sam temu nie dowierzałem.
Wszedłem pod prysznic i mimo porządnego szorowania gąbką nie mogłem zmyć tego napisu. - Już ja Ci się odwdzięczę. - powiedziałem na głos, a w myśli układając już plan na słodką zemstę.
***
Przeszły mnie dreszcze, a przecież w samolocie było ciepło. - Ktoś mnie wspomina? - mruknęłam cicho sama do siebie. Jeszcze osiem godzin lotu plus w międzyczasie przesiadka, chyba zwariuję.
Słuchałam muzyki, spałam, oglądałam film na laptopie, dalej spałam, zjadłam coś, słuchałam muzyki i ... po raz pierwszy od dłuższego czasu, wyciągnęłam notes, ukryty w bocznej kieszeni torby na laptopa.
Zaczęłam pisać nowy wpis, nową notatkę.
Tak.. minęło dużo czasu odkąd coś napisałam.
Zastanawiałam się przez chwilę, czemu zapomniałam o tak ważnej rzeczy?
O tak ważnym sposobie wyrażania siebie?
W ogóle.. jak mogłam zapomnieć o piłce?
Ciekawe gdzie teraz się znajduje w moim mieszkaniu..
Oh, jak bardzo zapragnęłam poczuć teraz piłkę i porzucać do kosza.
Tak bardzo chcę wypróbować stare, choć kiedyś doskonale wyuczone zwody, rzuty za trzy punkty, z dwutaktu i z haka.
Zamknęłam notes nie mogąc napisać nic więcej do pamiętnika.. zamknęłam też i oczy.. a pamięcią przeniosłam się do momentów, gdy grałam jeszcze w koszykówkę.
Te ważne mecze.
Pot.
Ból mięśni z wysiłku.
Brak tchu.
Uśmiech na ustach.
Dopingująca publiczność.
Krzyki trenera.
Upadek na plecy po dźwięku sygnalizującym koniec meczu..
Łzy szczęścia, nie spowodowane wygranym spotkaniem, lecz radością czerpanej z gry zespołowej.
Wspólnej gry w koszykówkę z moimi dziewczynami z drużyny.
Byłyśmy rodziną.
Oh, tak.. brakuje mi tego wszystkiego.
Po ostatecznej decyzji najlepszego lekarza w całym stanie, który zajął się moją kontuzją na prośbę trenera.. załamałam się.
Urwałam też kontakt ze wszystkimi znajomymi.
Nie chciałam z nikim rozmawiać.
Z nikim nie chciałam dzielić mojego bólu i rozpaczy.
Mojego złamanego serca.. a może raczej, pustki bo wydartym sercu.
" Nic więcej nie można zrobić. Tobie już nie da się pomóc.. nigdy więcej nie będziesz mogła grać w koszykówkę, przykro mi. " na wspomnienie tych słów, łzy spłynęły mi po policzkach, lecz szybko otarłam je nadgarstkami.
Opętała mnie nienawiść.
Przeszłość niech zostanie tam, gdzie jest jej miejsce.
Zwiększyłam głośność muzyki w słuchawkach.. i jeśli kiedyś ogłuchnę, to wiem przynajmniej, że ogłuchnę od dobrej muzyki.
Stewardessa nakazała mi zapiąć pasy, gdyż turbulencje były bardzo niebezpieczne. Z niemałym przestrachem wykonałam jej polecenia, choć było naprawdę strasznie..
Przez chwilę bałam się, że zginiemy.
Dzięki Bogu, pilotem okazał się Polak, który umiejętnie zapanował nad maszyną i wyjątkowo łagodnie wylądował na pasie startowym.
- Ah.. moja piękna, słoneczna Kalifornio.. tęskniłam za tobą! - powiedziałam stojąc w drzwiach wyjściowych z samolotu i przeciągając się. Zaciągnęłam ciepłe powietrze do płuc, a ktoś za mną zaśmiał się cicho.
- Nie tylko Ty... - szepnął jakiś chłopak, więc pośpieszyłam schodami na dół, by nie blokować przejścia. Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie.
- Vanessa Farewell? - spytał, a ja uniosłam lekko brwi.
- Tak, to ja. - odpowiedziałam, a on po chwili wyciągnął jakąś gazetę.
Ah, tak.. pozowałam do zdjęć dla tego magazynu.
- Mogłabyś dać mi autograf? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
- Spoko. - odpowiedziałam i machnęłam autograf na jednej ze stron, gdy było moje zdjęcie. - Proszę. - dodałam i włożyłam okulary na nos, po czym bez słowa, zostawiając chłopaka za mną, ruszyłam w stronę wyjścia.
Złapałam taksówkę i pojechałam do domu.
- Moja mała twierdza.. - wymruczałam z uśmiechem wchodząc do mojego mieszkania.
Pachniało tak, jak je zostawiłam. Amy nie robiła imprez - Dzięki jej za to!
Przełożyłam starą kartę do telefonu.. usunęłam ogrom nieodebranych połączeń od Jareda, a wszystkie nieodebrane wiadomości postanowiłam przeczytać później.
Rozpakowałam się, ogarnęłam mieszkanie, wykonałam kilka telefonów i po długiej kąpieli postanowiłam zakopać się częściowo w pościeli w figach i za dużej koszulce z wyciętymi bokami.
Przeglądałam też wtedy wiadomości, które zgromadziły się na moim telefonie w przeciągu tych dwóch tygodni, z czego większość, była od zmartwionego pana Leto.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi wypełniając całą moją sypialnią pięknymi, ciepłymi promieniami i nadając wnętrzu magiczną atmosferę.
Oczy były coraz cięższe od obserwowania magii pomieszczenia. Usłyszałam przekręcany kluczyk w drzwiach.
- To pewnie Amy. - mruknęłam cicho sama do siebie i nie mogąc już dłużej panować nad sobą zasypiałam.
Słyszałam ciche kroki i po chwili poczułam czyjś wzrok na mnie i męskie perfumy w pokoju.
Uchyliłam lekko oczy.
- Faktycznie wróciłaś.. - usłyszałam charakterystyczny głos.
- Shannon? - szepnęłam przeciągając się lekko w łóżku, lecz tylko po to, by znaleźć sobie wygodniejszą pozycję. - Zamknij za sobą drzwi, gdy będziesz wychodzić.
- Śpij, śpij.. - szepnął przysiadając na krawędzi mojego łóżka i głaszcząc mnie po głowie. - Niezłe przedstawienie zorganizowałaś.. uczysz się od najlepszego. - wyszeptał, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Od Jareda?
- Mhmm.. - wymruczał i poczułam delikatny pocałunek na skroni. - Śpij dobrze. - powtórzył, lecz nie miałam sił, by robić mu awanturę o to, dlaczego tak zrobił.
***
Dostałem MMS'a od brata, a gdy zobaczyłem zdjęcie śpiącej Vanessy w jej pokoju z podpisem "Twoja księżniczka dotarła bezpiecznie do domu", myślałem, że oszaleję ze szczęścia i zazdrości.
Shann przedrzeźniał się ze mną jeszcze przez dobrą chwilę, więc w tempie ekspresowym zamówiłem bilet na najwcześniejszy lot.
- Geez... w Los Angeles będę dopiero o 3 nad ranem.. - bąknąłem niezadowolony po obliczeniu godzin lotu i różnicy czasowej, więc ostatni raz w tym tygodniu, postanowiłem przejść się ulicami Londynu.
- No hej, braciszku. - usłyszałem i aż mnie przeszły ciary po plecach.
- Co chcesz? - rzuciłem krótko do telefonu, a on zaśmiał się w ten charakterystyczny sposób, który nie wróżył nic dobrego.. przynajmniej dla mnie.
- Chcesz zobaczyć fajne zdjęcia twojej księżniczki? - zatrzymałem się i przełknąłem głośno ślinę. - Hmm? - wymruczał, gdy ja toczyłem walkę z Bartem w mojej głowie, który koniecznie chciał ją zobaczyć, i podsuwał mi przed oczy przykładowe obrazy tego, co mogłem zobaczyć na tych zdjęciach..
- No, dobra. Dawaj. - odpowiedziałem ulegając mojemu alter-ego, a Shann zaśmiał się i wysłał mi zdjęcie jej karku, na którym miała tautaż.
- Pewnie o nim wiesz. - szepnął, a ja zmarszczyłem lekko brwi.
- To ona ma tam taki tatuaż? - spytałem raczej retorycznie, a Shannon zamarł po drugiej stronie telefonu.
W głowie zacząłem śledzić każdy skrawek jej ciała, ale nie mogłem przypomnieć sobie, czy miała ten tatuaż, czy też nie.
- To spałeś z nią, czy nie? - spytał tonem bez emocji, tak bezbarwnym, że nie potrafiłem się nie obejrzeć i sprawdzić.. czy on, aby na pewno nie stoi gdzieś niedaleko mnie i mnie obserwuje.
- My nie "spaliśmy" ze sobą.. my się kochaliśmy. To jest różnica Shannon. - odpowiedziałem stanowczo i irytując się tym, jakie mój brat ma podejście do tych spraw. - To nie był "tylko" seks.. to była pieczęć miłości. - dodałem starając się nakreślić mu to w epicki sposób, lecz on zarechotał najwidoczniej bardzo rozbawiony moją odpowiedzią.
Oh, ciesz się, że Cię tu nie ma, braciszku, bo zabiłbym Cię w tym momencie.
- Czy Ty siebie słyszysz, Jared? "Pieczęć miłości"? Co Ty pierdolisz? - spytał i na nowo wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
Zacząłem odliczaj od dziesięciu do zera, by się uspokoić.
Dziesięć...
Dziewięć...
Osiem...
Siedem...
To nie pomaga.
Sześć...
- Shannon.. ja doskonale wiem co mówię. - odpowiedziałem przez zęby.
Spokojnie.. nie daj się ponieść.
- Wiesz dlaczego uciekła do Londynu? - spytał, a ja uniosłem wysoko brwi.
- Co masz namyśli?
- To co słyszysz, Jared. - odpowiedział chłodno. - Powiedziałem jej o naszym zakładzie. - dodał, a ja odniosłem wrażenie, że moje serce zatrzymało się na moment.
- Jak to powiedziałeś jej?! - spytałem, a całe moje liczenie i samokontrolę szlag trafił.
- Normalnie.. Wtedy, co była u nas, a zaraz potem następnego dnia "cudownie" zniknęła.. w nocy powiedziałem jej o naszym zakładzie. - odpowiedział Shann, a coś aż zagotowało się we mnie. - Wiesz, że ona pali papierosy? - dodał jakby mówił o pogodzie, a mnie już coś roznosiło.
- Ale dlaczego jej o tym powiedziałeś?! - spytałem rozzłoszczony, a po drugiej stronie nastąpiła cisza.
- A Ty byś jej o tym powiedział? Kiedy? Dziś? Jutro? Za tydzień? Miesiąc? Dwa? Trzy? Pół roku? Za rok..? Wtedy gdy ona nakręciłaby się..? I CO WTEDY? Chciałbyś mieć ją na sumieniu, gdyby zrobiła "coś" głupiego? - spytał, a ja znalazłem najbliższą ławkę i usiadłem na niej. - Zrozum, że zrobiłem to dla Twojego dobra.. dla dobra nas wszystkich.
- Wiesz, że nie myślę już o "tym" w tej kategorii, prawda? - spytałem lekko ściszonym głosem.
- Tego się obawiałem. - szepnął, po czym westchnął ciężko. - Jak wrócisz, musimy poważnie porozmawiać.
- Mów teraz, skoro tak wiele już powiedziałeś. - bąknąłem, a on znów westchnął ciężko. - Co Ty tak ciągle wzdychasz? - dodałem poirytowany, a on tym razem zaśmiał się cicho pod nosem.
- Nie uważam, że dobrze postępujesz pogrążając się w tym.. to już nie jest zabawa, Jared.
- Wiem o tym.
- Nie. Uważam, że nie wiesz.. podejmij odpowiednie kroki, J. Nie możesz zmarnować jej życia.. jest jeszcze młoda, całe życie jest przed nią.
- Wcale nie czuję się staro.. - powiedziałem z uśmiechem pod nosem, a on odchrząknął znacząco. - No przecież wiem, o co Ci chodzi.. - burknąłem i wolną dłonią przeczesałem włosy.
- Jared, porozmawiamy o tym jeszcze, gdy wrócisz.
- Shannon..
- NIE, Jared.
- Obudził się w Tobie instynkt ojcowski, czy co? - zażartowałem, lecz brat nie odpowiedział mi to.
- Musimy porozmawiać o niej.. KONIECZNIE. - powiedział takim tonem, że, nie będę ukrywać, wystraszyłem się trochę. - O wielu rzeczach, które ja teraz dostrzegłem na 200% nie wiesz.. nie obserwujesz jej uważnie.. - dodał, a ja poczułem jak ból głowy wraca.
- Co masz na myśli-... - nie dokończyłem pytania, gdyż on mi przerwał przeciągłym "Shhhhhh!!!".
- Pogadamy o tym, gdy WRÓCISZ. To cześć. - powiedział i rozłączył się nie czekając na moją odpowiedź.
Spojrzałem zdziwiony na wyświetlacz telefonu.
- O co chodzi? - spytałem sam siebie.
Nie wiem co się z Nim stało, ale wystraszył mnie trochę..
Co on mógł zauważyć, czego ja nie zauważyłem do tej pory? Oh.. to mi nie da teraz spokoju!
--- --- --- --- ------------ ------- ------ -------------- ------ ------- ------- -- --- - ---- -------- ------------- ------ -
***
Obudziłem się z potwornym kacem. Poderwałem się do siadu na wspomnienie Vanessy, lecz od razu tego pożałowałem.. ból rozdzierał moją głowę. Opadłem znów na poduszkę i dłońmi zakryłem twarz.
- Leto, to już nie te lata i nie to zdrowie. - burknąłem sam siebie i przez dłuższą chwilę leżałem. Nie miałem ochoty wstawać, a czekałem aż obrazy z wczorajszej nocy same poukładają się w całość.
Przebłyski momentów. Zupełnie tak, jakbym próbował przypomnieć sobie ulubiony film z dzieciństwa.
- Zaraz, zaraz..!
Ona miała blond włosy?
Była taka czuła wobec mnie?
Nie..
To musiał być sen..
taki piękny-.. kurwa! - przeprowadziłem monolog i jednak poderwałem się do siadu i obejrzałem rękę na której widniał napis "Lot nr 52771 do LA z godziny 14:10", znaczy, że.. spojrzałem na zegarek, który wskazywał na 14:24.. co za pech!
Znów runąłem na łóżko, lecz mimo to na moją twarz wdarł się szeroki uśmiech.
Przeokropnie chciało mi się pić..
Spojrzałem w lewo na półkę nocną i co zobaczyłem? Schłodzoną butelkę wody niegazowanej z małą karteczką wciśniętą pod etykietkę.
- "Znaj moją łaskę.. Van." - parsknąłem śmiechem pod nosem.
Tak, to mogła napisać ona.
Powędrowałem do łazienki by wziąć prysznic. Wciąż czułem od siebie alkohol i pot.
Przekręciłem uchwyt i puściłem letnią wodę z prysznica, a przechodząc obok lustra coś przykuło moją uwagę.
Natychmiast wróciłem się i przyglądałem się swojemu odbiciu.
- Co do-... - mruknąłem patrząc na lewą pierś. - Malinka? - mruknąłem pod nosem przecierając palcami w nadziei, że to tylko kobieca szminka. Niestety. - "Właściciel: VANESSA FAREWELL." - przeczytałem i zacząłem się śmiać jak chory psychicznie człowiek.
Ona naprawdę tu była.
Sam temu nie dowierzałem.
Wszedłem pod prysznic i mimo porządnego szorowania gąbką nie mogłem zmyć tego napisu. - Już ja Ci się odwdzięczę. - powiedziałem na głos, a w myśli układając już plan na słodką zemstę.
***
Przeszły mnie dreszcze, a przecież w samolocie było ciepło. - Ktoś mnie wspomina? - mruknęłam cicho sama do siebie. Jeszcze osiem godzin lotu plus w międzyczasie przesiadka, chyba zwariuję.
Słuchałam muzyki, spałam, oglądałam film na laptopie, dalej spałam, zjadłam coś, słuchałam muzyki i ... po raz pierwszy od dłuższego czasu, wyciągnęłam notes, ukryty w bocznej kieszeni torby na laptopa.
Zaczęłam pisać nowy wpis, nową notatkę.
Tak.. minęło dużo czasu odkąd coś napisałam.
Zastanawiałam się przez chwilę, czemu zapomniałam o tak ważnej rzeczy?
O tak ważnym sposobie wyrażania siebie?
W ogóle.. jak mogłam zapomnieć o piłce?
Ciekawe gdzie teraz się znajduje w moim mieszkaniu..
Oh, jak bardzo zapragnęłam poczuć teraz piłkę i porzucać do kosza.
Tak bardzo chcę wypróbować stare, choć kiedyś doskonale wyuczone zwody, rzuty za trzy punkty, z dwutaktu i z haka.
Zamknęłam notes nie mogąc napisać nic więcej do pamiętnika.. zamknęłam też i oczy.. a pamięcią przeniosłam się do momentów, gdy grałam jeszcze w koszykówkę.
Te ważne mecze.
Pot.
Ból mięśni z wysiłku.
Brak tchu.
Uśmiech na ustach.
Dopingująca publiczność.
Krzyki trenera.
Upadek na plecy po dźwięku sygnalizującym koniec meczu..
Łzy szczęścia, nie spowodowane wygranym spotkaniem, lecz radością czerpanej z gry zespołowej.
Wspólnej gry w koszykówkę z moimi dziewczynami z drużyny.
Byłyśmy rodziną.
Oh, tak.. brakuje mi tego wszystkiego.
Po ostatecznej decyzji najlepszego lekarza w całym stanie, który zajął się moją kontuzją na prośbę trenera.. załamałam się.
Urwałam też kontakt ze wszystkimi znajomymi.
Nie chciałam z nikim rozmawiać.
Z nikim nie chciałam dzielić mojego bólu i rozpaczy.
Mojego złamanego serca.. a może raczej, pustki bo wydartym sercu.
" Nic więcej nie można zrobić. Tobie już nie da się pomóc.. nigdy więcej nie będziesz mogła grać w koszykówkę, przykro mi. " na wspomnienie tych słów, łzy spłynęły mi po policzkach, lecz szybko otarłam je nadgarstkami.
Opętała mnie nienawiść.
Przeszłość niech zostanie tam, gdzie jest jej miejsce.
Zwiększyłam głośność muzyki w słuchawkach.. i jeśli kiedyś ogłuchnę, to wiem przynajmniej, że ogłuchnę od dobrej muzyki.
Stewardessa nakazała mi zapiąć pasy, gdyż turbulencje były bardzo niebezpieczne. Z niemałym przestrachem wykonałam jej polecenia, choć było naprawdę strasznie..
Przez chwilę bałam się, że zginiemy.
Dzięki Bogu, pilotem okazał się Polak, który umiejętnie zapanował nad maszyną i wyjątkowo łagodnie wylądował na pasie startowym.
- Ah.. moja piękna, słoneczna Kalifornio.. tęskniłam za tobą! - powiedziałam stojąc w drzwiach wyjściowych z samolotu i przeciągając się. Zaciągnęłam ciepłe powietrze do płuc, a ktoś za mną zaśmiał się cicho.
- Nie tylko Ty... - szepnął jakiś chłopak, więc pośpieszyłam schodami na dół, by nie blokować przejścia. Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie.
- Vanessa Farewell? - spytał, a ja uniosłam lekko brwi.
- Tak, to ja. - odpowiedziałam, a on po chwili wyciągnął jakąś gazetę.
Ah, tak.. pozowałam do zdjęć dla tego magazynu.
- Mogłabyś dać mi autograf? - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
- Spoko. - odpowiedziałam i machnęłam autograf na jednej ze stron, gdy było moje zdjęcie. - Proszę. - dodałam i włożyłam okulary na nos, po czym bez słowa, zostawiając chłopaka za mną, ruszyłam w stronę wyjścia.
Złapałam taksówkę i pojechałam do domu.
- Moja mała twierdza.. - wymruczałam z uśmiechem wchodząc do mojego mieszkania.
Pachniało tak, jak je zostawiłam. Amy nie robiła imprez - Dzięki jej za to!
Przełożyłam starą kartę do telefonu.. usunęłam ogrom nieodebranych połączeń od Jareda, a wszystkie nieodebrane wiadomości postanowiłam przeczytać później.
Rozpakowałam się, ogarnęłam mieszkanie, wykonałam kilka telefonów i po długiej kąpieli postanowiłam zakopać się częściowo w pościeli w figach i za dużej koszulce z wyciętymi bokami.
Przeglądałam też wtedy wiadomości, które zgromadziły się na moim telefonie w przeciągu tych dwóch tygodni, z czego większość, była od zmartwionego pana Leto.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi wypełniając całą moją sypialnią pięknymi, ciepłymi promieniami i nadając wnętrzu magiczną atmosferę.
Oczy były coraz cięższe od obserwowania magii pomieszczenia. Usłyszałam przekręcany kluczyk w drzwiach.
- To pewnie Amy. - mruknęłam cicho sama do siebie i nie mogąc już dłużej panować nad sobą zasypiałam.
Słyszałam ciche kroki i po chwili poczułam czyjś wzrok na mnie i męskie perfumy w pokoju.
Uchyliłam lekko oczy.
- Faktycznie wróciłaś.. - usłyszałam charakterystyczny głos.
- Shannon? - szepnęłam przeciągając się lekko w łóżku, lecz tylko po to, by znaleźć sobie wygodniejszą pozycję. - Zamknij za sobą drzwi, gdy będziesz wychodzić.
- Śpij, śpij.. - szepnął przysiadając na krawędzi mojego łóżka i głaszcząc mnie po głowie. - Niezłe przedstawienie zorganizowałaś.. uczysz się od najlepszego. - wyszeptał, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Od Jareda?
- Mhmm.. - wymruczał i poczułam delikatny pocałunek na skroni. - Śpij dobrze. - powtórzył, lecz nie miałam sił, by robić mu awanturę o to, dlaczego tak zrobił.
***
Dostałem MMS'a od brata, a gdy zobaczyłem zdjęcie śpiącej Vanessy w jej pokoju z podpisem "Twoja księżniczka dotarła bezpiecznie do domu", myślałem, że oszaleję ze szczęścia i zazdrości.
Shann przedrzeźniał się ze mną jeszcze przez dobrą chwilę, więc w tempie ekspresowym zamówiłem bilet na najwcześniejszy lot.
- Geez... w Los Angeles będę dopiero o 3 nad ranem.. - bąknąłem niezadowolony po obliczeniu godzin lotu i różnicy czasowej, więc ostatni raz w tym tygodniu, postanowiłem przejść się ulicami Londynu.
- No hej, braciszku. - usłyszałem i aż mnie przeszły ciary po plecach.
- Co chcesz? - rzuciłem krótko do telefonu, a on zaśmiał się w ten charakterystyczny sposób, który nie wróżył nic dobrego.. przynajmniej dla mnie.
- Chcesz zobaczyć fajne zdjęcia twojej księżniczki? - zatrzymałem się i przełknąłem głośno ślinę. - Hmm? - wymruczał, gdy ja toczyłem walkę z Bartem w mojej głowie, który koniecznie chciał ją zobaczyć, i podsuwał mi przed oczy przykładowe obrazy tego, co mogłem zobaczyć na tych zdjęciach..
- No, dobra. Dawaj. - odpowiedziałem ulegając mojemu alter-ego, a Shann zaśmiał się i wysłał mi zdjęcie jej karku, na którym miała tautaż.
- Pewnie o nim wiesz. - szepnął, a ja zmarszczyłem lekko brwi.
- To ona ma tam taki tatuaż? - spytałem raczej retorycznie, a Shannon zamarł po drugiej stronie telefonu.
W głowie zacząłem śledzić każdy skrawek jej ciała, ale nie mogłem przypomnieć sobie, czy miała ten tatuaż, czy też nie.
- To spałeś z nią, czy nie? - spytał tonem bez emocji, tak bezbarwnym, że nie potrafiłem się nie obejrzeć i sprawdzić.. czy on, aby na pewno nie stoi gdzieś niedaleko mnie i mnie obserwuje.
- My nie "spaliśmy" ze sobą.. my się kochaliśmy. To jest różnica Shannon. - odpowiedziałem stanowczo i irytując się tym, jakie mój brat ma podejście do tych spraw. - To nie był "tylko" seks.. to była pieczęć miłości. - dodałem starając się nakreślić mu to w epicki sposób, lecz on zarechotał najwidoczniej bardzo rozbawiony moją odpowiedzią.
Oh, ciesz się, że Cię tu nie ma, braciszku, bo zabiłbym Cię w tym momencie.
- Czy Ty siebie słyszysz, Jared? "Pieczęć miłości"? Co Ty pierdolisz? - spytał i na nowo wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
Zacząłem odliczaj od dziesięciu do zera, by się uspokoić.
Dziesięć...
Dziewięć...
Osiem...
Siedem...
To nie pomaga.
Sześć...
- Shannon.. ja doskonale wiem co mówię. - odpowiedziałem przez zęby.
Spokojnie.. nie daj się ponieść.
- Wiesz dlaczego uciekła do Londynu? - spytał, a ja uniosłem wysoko brwi.
- Co masz namyśli?
- To co słyszysz, Jared. - odpowiedział chłodno. - Powiedziałem jej o naszym zakładzie. - dodał, a ja odniosłem wrażenie, że moje serce zatrzymało się na moment.
- Jak to powiedziałeś jej?! - spytałem, a całe moje liczenie i samokontrolę szlag trafił.
- Normalnie.. Wtedy, co była u nas, a zaraz potem następnego dnia "cudownie" zniknęła.. w nocy powiedziałem jej o naszym zakładzie. - odpowiedział Shann, a coś aż zagotowało się we mnie. - Wiesz, że ona pali papierosy? - dodał jakby mówił o pogodzie, a mnie już coś roznosiło.
- Ale dlaczego jej o tym powiedziałeś?! - spytałem rozzłoszczony, a po drugiej stronie nastąpiła cisza.
- A Ty byś jej o tym powiedział? Kiedy? Dziś? Jutro? Za tydzień? Miesiąc? Dwa? Trzy? Pół roku? Za rok..? Wtedy gdy ona nakręciłaby się..? I CO WTEDY? Chciałbyś mieć ją na sumieniu, gdyby zrobiła "coś" głupiego? - spytał, a ja znalazłem najbliższą ławkę i usiadłem na niej. - Zrozum, że zrobiłem to dla Twojego dobra.. dla dobra nas wszystkich.
- Wiesz, że nie myślę już o "tym" w tej kategorii, prawda? - spytałem lekko ściszonym głosem.
- Tego się obawiałem. - szepnął, po czym westchnął ciężko. - Jak wrócisz, musimy poważnie porozmawiać.
- Mów teraz, skoro tak wiele już powiedziałeś. - bąknąłem, a on znów westchnął ciężko. - Co Ty tak ciągle wzdychasz? - dodałem poirytowany, a on tym razem zaśmiał się cicho pod nosem.
- Nie uważam, że dobrze postępujesz pogrążając się w tym.. to już nie jest zabawa, Jared.
- Wiem o tym.
- Nie. Uważam, że nie wiesz.. podejmij odpowiednie kroki, J. Nie możesz zmarnować jej życia.. jest jeszcze młoda, całe życie jest przed nią.
- Wcale nie czuję się staro.. - powiedziałem z uśmiechem pod nosem, a on odchrząknął znacząco. - No przecież wiem, o co Ci chodzi.. - burknąłem i wolną dłonią przeczesałem włosy.
- Jared, porozmawiamy o tym jeszcze, gdy wrócisz.
- Shannon..
- NIE, Jared.
- Obudził się w Tobie instynkt ojcowski, czy co? - zażartowałem, lecz brat nie odpowiedział mi to.
- Musimy porozmawiać o niej.. KONIECZNIE. - powiedział takim tonem, że, nie będę ukrywać, wystraszyłem się trochę. - O wielu rzeczach, które ja teraz dostrzegłem na 200% nie wiesz.. nie obserwujesz jej uważnie.. - dodał, a ja poczułem jak ból głowy wraca.
- Co masz na myśli-... - nie dokończyłem pytania, gdyż on mi przerwał przeciągłym "Shhhhhh!!!".
- Pogadamy o tym, gdy WRÓCISZ. To cześć. - powiedział i rozłączył się nie czekając na moją odpowiedź.
Spojrzałem zdziwiony na wyświetlacz telefonu.
- O co chodzi? - spytałem sam siebie.
Nie wiem co się z Nim stało, ale wystraszył mnie trochę..
Co on mógł zauważyć, czego ja nie zauważyłem do tej pory? Oh.. to mi nie da teraz spokoju!
poniedziałek, 10 czerwca 2013
23. ... Et tu Brute contra me? Search and destroy.
- Tak, wiem o tym. - dodał, gdy ja patrzyłam na niego zszokowana i trochę przerażona. Nie wiedziałam jak zareaguje.
Nalał do kieliszków szampana, a ja wciąż czułam się zmieszana.
Przyglądał się bardzo uporczywie bąbelkom szampana, po czym delektował się jego smakiem.
- Ja-... przepraszam. Nic nie mogę na to poradzić. - szepnęłam, a on znów obdarzył mnie lodowatym spojrzeniem, aż przeszły mnie ciarki po plecach. - Wiem.. że ostrzegałeś mnie przed nim, ale-...
- Widziałem plotki w internecie, ale cały czas, łudziłem się, że to nie Ty. - odpowiedział i westchnął ciężko, najwidoczniej bardzo rozczarowany.
Podciągnął rękawy marynarki aż do łokci, którymi oparł się na blacie stolika, splótł palce dłoni i obserwował mnie uważnie. - Miałem przeczucie, że znajdą Cię i zniszczą. Tak bardzo przypominasz charakterem matkę.. ale jesteś zdecydowanie piękniejsza od niej.
- Eric. - szepnęłam nie do końca wiedząc, co mam mówić. - Wiesz.. bo ja-... odnoszę wrażenie, że łączy mnie z nim.. jakaś.. więź. Bardzo silna więź. - powiedziałam czując siłę zwątpienia we wszystko to, co wydawało mi się dobre, i to sprawiało, że chciałam się ukryć, gdzieś pod ziemią przed całym tym, otaczającym mnie światem. - Coś przyciąga mnie do niego.. daje poczucie bezpieczeństwa i-.. tak naprawdę, to nie potrafię tego wytłumaczyć.. - bąknęłam pod nosem spuszczając wzrok na moje dłonie.
- Vanessa. Powiem Ci tak. - powiedział zdecydowanie łagodniej, z otuchą i delikatniejszym spojrzeniem. - Jeśli kiedykolwiek.. poczujesz się przy nim zagrożona lub zrani Cię czymkolwiek w jakikolwiek sposób.. wsiadaj w pierwszy samolot do Londynu bez żadnego zastanowienia. - dodał z dumnym uśmiechem. Nie potrafił się na mnie gniewać. - Zawsze będziesz u mnie mile widziana.. i zawsze Cię przygarnę. - dodał z uśmiechem ujmując delikatnie moją dłoń i całując lekko jej wierzch.
Patrzył mi prosto w oczy, bez jakiegokolwiek zażenowania i nawet nie mrugnął wyznając mi bezgraniczną miłość i oddanie - co wydawało mi się odrobinę zabawne, słysząc to z ust mężczyzny, który jest moim bratem i miał wiele kochanek.
Wyszliśmy z restauracji pod rękę z moim bratem i po złapaniu taksówki pojechaliśmy pod London Eye. Po dość długim oczekiwaniu - jak to mój brat powiedział "jak zwykle w chuj długiej kolejce" - znaleźliśmy się w kapsule - dzięki znajomościom brata - tylko we dwoje podziwiając panoramę miasta. Niezwykle magiczną.
Ciepłe promienie zachodzącego słońca padały na moją twarz, delikatnie oślepiając i uniemożliwiając patrzenie daleko na horyzont.
- Nie myśl tyle o nim. - szepnął podpierając policzek na dłoni. - Niech on martwi się o Ciebie, a nie Ty o niego. On sobie poradzi. - dodał przyglądając się mojej twarzy.
- Jakiego koloru są moje oczy? - spytałam z delikatnym uśmiechem, a Eric nachylił się w moją stronę, bardzo blisko mojej twarzy.
- Zakochanej, młodszej siostry. - odpowiedział z uśmiechem przyglądając się moim tęczówkom, na co ja wywróciłam teatralnie oczami. - Zielono-złote. - szepnął znów wracając na swoje miejsce z widocznym zadumaniem.
- Co? - spytałam, a on wzruszył ramionami.
- Nic. Tak tylko myślę sobie, że nigdy nie będę miał z nim szans. - odpowiedział całkiem na poważnie, a ja uśmiechnęłam się.
- Ani on, nigdy nie będzie miał szans z Tobą. Nigdy nie zastąpi mi tak cudownego, starszego brata. - Eric nie odpowiedział na to już nic, tylko odwrócił głowę w stronę okna i uśmiechał się szeroko.
Minęło już ponad dwa tygodnie odkąd przyleciałam do Londynu, a nie rozmawiałam z braćmi Leto od czasu wyjścia z ich mieszkania.
Dziwne. Pomyślałam spacerując tymi spokojniejszymi uliczkami Londynu, jeżeli w ogóle można tak nazwać jakieś ulice w tym mieście.
Jak kot, chodziłam własnymi drogami w nowo poznanym mieście. Nie wdawałam się w rozmowy, przemykałam się między ludźmi prawie bezszelestnie, i gdyby nie blond kolor włosów, który o dziwo przyciągał wzrok przechodniów - szczególnie tych obcokrajowców - to byłabym niewidzialna.
- Szlag.. - syknęłam pod nosem rozpoznając Jareda w tłumie idącym na wprost mnie.
To już przyszła pora na Londyn? Nie.. przecież jeszcze nie skończyli pracy nad nowym albumem. Rozważałam w głowie. Założyłam okulary przeciwsłoneczne i odwróciłam wzrok w stronę wystaw sklepowych, a w kierunku przeciwnym do Leto.
Jak na nieszczęście, ktoś trącił Jareda tak, że popchnął go w moją stronę i uderzył ramieniem w moje ramię.
- Bardzo przepraszam. - powiedział , a ja zakryłam oczy tak, jakby raziło mnie słońce.
- Alles gut. - odpowiedziałam po niemiecku trochę zmienionym głosem, by mnie nie rozpoznał i natychmiast ruszyłam na przód, zostawiając zdezorientowanego Leto za mną.
Przeszłam zaledwie kilka metrów, gdy ktoś krzyknął moje imię zdesperowanym tonem.
- Vanessa?! - to był Jared, na 200%. Nie odwróciłam się, a wręcz przeciwnie, jedynie przyśpieszyłam kroku. Oh, jakież było moje przerażenie, gdy odwróciłam się i zobaczyłam, że on biegnie za mną! Zaczęłam biec i miałam o tyle przewagę, że znałam kilka "zakamarków" w tej dzielnicy. Ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął w swoją stronę i po chwili zasłaniając mi usta drugą dłonią uniemożliwiając mówienie.
- Shhh... - wyszeptał do mojego ucha i z ukrycia obserwowaliśmy. Przez chwilę myślałam, że to jakiś porywacz lub gwałciciel, lecz odrzuciłam tę myśl, gdy puścił mnie i wskazał dyskretnie na Jareda.
- Nie sądziłam, że przyleci za mną aż tutaj.. - mruknęłam cicho, obserwując z moim "wybawcą" lekko zdyszanego Jareda, który pytał przechodniów o blondynkę mojego wzrostu. Spojrzałam na mojego wybawcę po raz pierwszy.. okazał się być.. 17-letnim dzieciakiem, przefarbowanym na blond, lecz o pięknych, ciemno-brązowych oczach. - Dzięki. - dodałam uśmiechając się do niego.
- Nie ma za co. - odpowiedział beztrosko i wzruszył ramionami. - A tak w ogóle to kim on jest? - spytał, gdy ja znów utkwiłam swój wzrok w Jaredzie.
Westchnęłam ciężko. Czyżby go nie znał?
- Aktorem, wokalistą znanego na całym świecie amerykańskiego rockowego zespołu, reżyserem filmowym... - wymieniałam po kolei wszystko, a chłopak zaśmiał się cicho.
- Ale kim on jest dla Ciebie? - spytał tym razem precyzyjnie. Oparłam się plecami o mur i spojrzałam na chłopaka zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Jesteś Brytyjczykiem. - bardziej stwierdziłam niż spytałam - Jak się nazywasz?
- Elyar. - odpowiedział - Nie zmieniaj tematu. - obruszył się po chwili, a ja zaśmiałam się.
- On jest.. hm.. no właśnie. Kim on dla mnie jest.. - mruczałam pod nosem. - Nie wiem. - stwierdziłam po chwili. Zastanawiając się nad głębszym sensem słów odpowiadających na pytanie "kim on dla mnie jest?". Wiele myśli kotłowało się w mojej głowie. - Kimś. Jest dla mnie KIMŚ. - dodałam po kolejnej chwili namysłu, a gdy straciłam Jareda z oczu i przez dłuższą chwilę nie pojawiał się w polu widzenia - pocałowałam Elyara w policzek i odchodząc puściłam do niego perskie oko. - Dzięki za pomoc.
- Cze-...
- Reszty nie trzeba. - rzuciłam krótko przez ramię i roześmiałam się.
Złapałam taksówkę, by wrócić do mieszkania brata.
Pomyślałam, że muszę zmienić pracę, znaleźć sobie nowe mieszkanie i miejsca, które zazwyczaj odwiedzam w LA.
Ale.. przecież tak bardzo kocham te miejsca.
Tak bardzo się do nich przywiązałam.
Dlaczego miałabym je zmieniać?
Może po prostu powinnam zakończyć tę relację z Jaredem? Wrócić do życia bez nich? Bez braci Leto.
Ah.. tak wiele sprzecznych myśli walczyło ze sobą w mojej głowie.
Tak bardzo chciało mi się płakać, bo tak bardzo czułam się niepewna i ... zagubiona.
Gapiłam się w okno, gdy w pewnym momencie zobaczyłam Leto na środku chodnika, zrezygnowanego i z miną biednego szczeniaczka. Jakby już zupełnie stracił nadzieję.
- O mój Boże.. - mruknęłam, a coś nieprzyjemnego ukłuło mnie w serce. Zdziwienie wpełzło na twarz Leto, a ja jedynie podniosłam dłoń w jego kierunku z żalem ściskającym moje wnętrze.
Nie obejrzałam się.
Nie.
Nie chcę znowu zobaczyć tego wyrazu twarzy.. tak bardzo zabolał mnie przed chwilą ten obraz, że gdybym jeśli jeszcze raz go ujrzała.. moje serce pękło by na milion małych, kanciastych kawałeczków. - Tak.. niech Jared Leto zostanie daleko w tyle.. za mną.. w przeszłości. - wyszeptałam i poczułam jak z oczu łzy popłynęły mi po całej twarzy, a wokół krtani zaciskała się zimna obręcz uniemożliwiająca mówienie i w pewnym stopniu oddychanie.
- Krokodyle łzy. - szepnął starszy pan kierowca, gdy ocierałam twarz z potoku łez. - Na złamane serce dobra jest nowa miłość. - dodał spoglądając na mnie co chwilę przez lusterko wsteczne, a ja pokręciłam przecząco głową.
Nie! Nie chcę nikogo innego. Krzyczałam w myślach.
- Jak pan uważa? Czy zostawienie za sobą wszystkiego.. co dobre i co złe.. oraz rozpoczęcie wszystkiego od nowa.. jest lepsze od bolesnej i trudnej teraźniejszości? - mężczyzna wzruszył ramionami obserwując mnie zielonymi oczyma.
- Zmiany są dobre, ale czasem trochę goryczy z życia też należy spróbować. - odpowiedział spokojnym głosem kierowca, a łzy przestały płynąć z moich oczu. Jego słowa zadziałały na mnie jak czarodziejska różdżka. Wszystko stało się nagle takie jasne i zrozumiałe. Oczywiste.
- Ma pan rację. - stwierdziłam, a gdy zatrzymał się pod mieszkaniem brata i wysiadłam z taksówki dałam mu sowity napiwek. - Dziękuję. - dodałam i po chwili weszłam do mieszkania. Nie było w nim Erica, pewnie znowu załatwia jakieś sprawy na mieście.
Weszłam na internet i zabukowałam bilet lotniczy na następny dzień, na popołudnie do Los Angeles.
Mimo, że Jared był tutaj.. to chciałam natychmiast wrócić do siebie. Do domu. Do mojego mieszkania - mojej twierdzy.
Kończyłam się pakować, gdy do mieszkania wszedł mój brat rozmawiając z jakimś mężczyzną.
Mieli bardzo dobre nastroje.
- Ooo.. widzę, że mój kot wrócił do domu z manewrów. - powiedział wesoło Eric, zapukał, i gdy zajrzał do pokoju, który zajmowałam, jego cudowny uśmiech zszedł mu z twarzy. - Co Ty robisz? ... wyjeżdżasz? - spytał tak, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie.
- On.. mnie szuka. Jest tu, w Londynie. - szepnęłam bawiąc się pierścionkiem na palcu, a łzy zaczęły napływać mi do oczu. - Widziałam go. - załamał mi się głos i pierwsze łzy popłynęły mi wzdłuż twarzy.
- Vanessa.. - powiedział Eric z brakiem zrozumienia wyrażającej się w jego mimice twarzy i barwie głosu.
- Gdybyś tylko widział jego wyraz twarzy! - powiedziałam zrozpaczonym głosem, a na wspomnienie tego obrazu, moje wnętrze znów ścisnął ogromny żal. - On szukał mnie po całym Londynie, Eric. - dodałam wstając i podchodząc do mojego brata z wyciągniętymi rękoma. Przytuliłam się do niego. - Ja.. nie.. MY nie potrafimy bez siebie żyć, Eric. Zrozum to. Proszę Cię.. - ostatnie dwa słowa wypowiedziałam wręcz błagalnym głosem.
Mocno zacisnęłam dłonie na jego koszulce, a on pogładził mnie po głowie.
- Próbuję to zrozumieć, lecz nie potrafię. - powiedział, a ja wstrzymałam oddech z przerażenia. - Inny mężczyzna chce odebrać mi moją małą Vanessę.. Jak mogę to zrozumieć, czy też zgodzić się na to? Zaakceptować? - spytał. Czułam, że jest bardzo spięty z nerwów.
Poklepałam go po ramieniu z delikatnym uśmiechem mając nadzieję, że on tylko żartuje.. że po prostu droczy się ze mną.
- Będzie dobrze. On mnie nigdy nie skrzywdzi. - zapewniałam go wciąż się uśmiechając, lecz on nie chciał tego słuchać. Czułam to.
On nigdy się nie zgodzi.
Nigdy tego nie zaakceptuje.
- Vanessa, to Ty nie rozumiesz. - powiedział gładząc mnie kciukiem po policzku. Zmarszczyłam lekko brwi, a serce natychmiast się ochłodziło względem niego. - Nie mogę teraz pozwolić Ci zniknąć.. Znowu. Na kolejne długie lata.. - dodał, a uśmiech na mojej twarzy ustępował przerażeniu i złości.
- Eric. Ty chyba nie mówisz serio. - odpowiedziałam poważniejąc i oddalając się od niego na długość rąk.
- Van. Doskonale wiesz, że znam tę Twoją postawę i musisz wiedzieć, że.. Nie odpuszczę.
- "... Et tu Brute contra me?" - zacytowałam tak bardzo znane słowa Juliusza Cezara wypowiedziane po zdradzie jego najlepszego przyjaciela, Marka Brutusa "... i TY Brutusie przeciwko mnie?".. a gdy chciałam przejść obok Erica, on złapał mnie za rękę. Obdarzyłam go bardzo chłodnym i gniewnym spojrzeniem.
- Vanessa.. - powiedział już znacznie łagodniej.
- Zejdź mi z drogi. - warknęłam ostro. - i nie odstawiajmy jakichś głupich scen, gdy masz gościa. - dodałam i powędrowałam do kuchni nie obdarowując nawet najskromniejszym spojrzeniem gościa mojego brata.
Przeczekałam dłuższą chwilę, by ochłonąć ze złości, jaką wzbudził we mnie Eric i, by mój brat wciągnął się w rozmowę o nowych projektach ze swoim gościem, za zamkniętymi drzwiami od jego pokoju.
Przechodząc obok pokoju mojego brata, gdzie rozmowa trwała w najlepsze - weszłam do "swojego" pokoju, dokończyłam pakowanie się i zadzwoniłam po taksówkę.
Nie zamierzałam tu zostać na kolejną noc.
I właśnie, kiedy wychodziłam z torbą i biletem lotniczym w ręce - zahaczyłam o cholerny parasol stojący w przejściu.
- Van, wszystko w porządku-... - Eric wyjrzał zza drzwi i nie dokończył swojej wypowiedzi. Zamarł na moment. - Co Ty-...? Robisz? - spytał, gdy odstawiłam parasol na jego miejsce i poprawiłam torbę na ramieniu.
- Nie zostaję tu na noc. Jutro wyjeżdżam. - odpowiedziałam powstrzymując się od kąśliwego skomentowania jego wcześniejszego zachowania. - Wracam do Los Angeles. Odezwę się, gdy będę w domu. - rzuciłam przez ramię i wyszłam z jego mieszkania zamykając za sobą drzwi.
Wsiadłam do taksówki i podałam nazwę hotelu, w którym postanowiłam zatrzymać się na noc.
Nie opuszczałam dziś terenu należącego do hotelu w ogóle.
Nie miałam na nic ochoty - poza napiciem się czegoś mocniejszego.
Wieczorem, zeszłam do baru i to co zobaczyłam wcale mnie nie ucieszyło.. a bynajmniej w większej części sprawiało, że chciałam wymaszerować stamtąd i trzasnąć za sobą drzwiami - tak, żeby wszyscy obejrzeli się za mną.
Jared podpierał głowę na dłoniach, a łokcie o blat lady barmana, gdy po jego obydwu bokach siedziały dwie kobiety, hojnie obdarzone przez Boga i pocieszające mojego wokalistę.. czułam jak narasta we mnie złość, mimo że mieszała się z radością, że znowu go dziś widzę.
Jared Leto w tym samym hotelu co ja? Przypadek? Nie sądzę.
Podeszłam do nich od tyłu.
- Won, sępy. - syknęłam złowrogo obdarzając te kobiety morderczym spojrzeniem, a Jared natychmiast odwrócił się w moim kierunku i uniósł na mnie swój zdziwiony wzrok.
- Van? - spytał niepewnie i nie słuchając biadolenia tych sępów wstał, dość chwiejnie i bez pytania pocałował mnie mocno trzymając w swoich ramionach. - Boże.. Vanessa, to Ty. - powiedział odrywając się ode mnie i patrząc czułym spojrzeniem w moje oczy.
Uśmiechnęłam się delikatnie do niego, mimo że był pijany i śmierdział jakimś okropnym alkoholem, którego nienawidzę, a którego nazwy w tej chwili nie potrafiłam zidentyfikować to dotknęłam jego twarzy, a kilkudniowy zarost kuł mnie w opuszki palców. Objęłam jego szyję i dałam się tak po prostu miażdżyć jego ramionom.
- Tak. To ja. - szepnęłam w końcu gładząc go po głowie.
Brakowało mi jego.
Tak.
Tak bardzo mi go brakowało.
Objęłam jego szyję jeszcze mocniej całując go po skroni i policzku.
Niewątpliwie, zwracaliśmy na siebie uwagę innych klientów, ale to nie miało teraz większego znaczenia.
- Tęskniłem za Tobą. - wyszeptał bardzo cichutko, a ja poczułam, jak oblewa mnie fala gorąca, a oczy zachodzą łzami.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo ucieszyły mnie Twoje słowa. - szepnęłam odsuwając się na niewielką odległość od niego, położyłam dłonie na jego twarzy i pocałowałam czule w usta.
Tak bardzo brakowało mi jego ciała, jego ust, jego pocałunków, jego oddechu, jego ciepła, jego głosu, jego spojrzeń i.. po prostu, jego. Jego obecności. - Jeśli tak często będziesz upijać się, zniszczy Ci to Twoją dość dobrą reputację.. - powiedziałam na wesoło i złączyłam swoje czoło z jego.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy.
- Pieprzyć dobrą reputację. - zawołał trochę głośniej, więc pomogłam mu usiąść znów na krześle przy barze i nie puszczając jego dłoni usiadłam obok.
- Whisky z lodem. - powiedziałam do barmana, a dłoń Jareda z mojego kolana przesunęła się wyżej w stronę uda. Przeszły mnie dreszcze po plecach, a J zagryzł dolną wargę ust i nachylił się do mojego ucha szepcząc nieskromne propozycje. - Później. - odpowiedziałam patrząc mu prosto w oczy, na co on ujął moją dłoń i pocałował jej wierzch.
- Trzymam za słowo. - powiedział uśmiechając się tak błogo, że kolana same miękły. - Nie zostawiaj mnie samego już nigdy więcej, skazanego tylko na siebie. Mam dość samotności. - dodał, a jego słowa wywołały u mnie falę ogromnego wzruszenia i zarazem zdziwienia.
Zastanawiałam się, czy zawsze tak reagowałam na jego słowa? Dotyk? Spojrzenia?
... oh, nie. Ta rozłąka zdecydowanie bardzo dużo wniosła w moje życie.. a raczej, bardzo dużo pozwoliła mi dostrzec.
- Nie zostawię. - zapewniłam go i po dopiciu mojej whisky postanowiłam odprowadzić Jareda do jego pokoju, lecz on nalegał na chociaż jeden taniec. Znów, gdy zabrzmiała piosenka, on poprosił mnie do tańca, tak jak podczas naszego pierwszego spotkania.
Wtedy też był pijany. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
- Zostań ze mną. - powiedział lądując miękko na łóżku, nietrzeźwy. Westchnęłam ciężko i zaczęłam rozpinać mu koszulę, co spotkało się z jego ogromną aprobatą.
- Przecież obiecałam Ci już, że zostanę. - odpowiedziałam na wcześniejszą prośbę i usiadłam na krawędzi łóżka podpierając się dłonią przy jego boku. - Poza tym, nie powinieneś spać w ubraniach. Sam mi to powtarzałeś. - dodałam po rozebraniu go do bielizny i przykryciu pościelą. - Dzisiaj możesz zrobić sobie "dzień dziecka" i nie wykąpać się teraz.. bałabym się, że utopiłbyś się w wannie, albo pośliznął i uderzył w głowę.. ale jak wstaniesz to masz wziąć prysznic i wyszczotkować porządnie zęby! Śmierdzi od Ciebie alkoholem.. - nakazałam mu jak mama, a on uśmiechnął się przyjaźnie.
- Van.. - szepnął dotykając palcami mojego policzka.
- Dobranoc. - szepnęłam na "dobranoc" z delikatnym uśmiechem i pocałowałam jego gorące usta, a następnie skroń.
- Nie zasnę, jeśli odejdziesz. Zostań ze mną. - powiedział upierając się przy tym jak małe dziecko, choć widziałam jak powieki oczu same zamykają mu się ze zmęczenia. - Boję się, że to wszystko.. jest tylko snem. - szepnął zakrywając twarz ręką, którą po chwili ułożył na czole.
- Posłuchaj, Jared.. to nie jest sen. - szepnęłam lekko rozbawiona tym, jaki jest uroczy, gdy jest pod wpływem alkoholu. Zdjęłam rękę z jego czoła i przeczesałam dłonią jego włosy. Pocałowałam w czoło. - Jestem tu na prawdę.
- Daj mi jakiś dowód. - szepnął sennym głosem, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Znalazłam w jego rzeczach marker niezmywalny i po zrobieniu soczystej malinki (której towarzyszyły nieprzyzwoite odgłosy Jareda) na jego lewej piersi, w miejscu gdzie znajdowało się serce - podpisałam "Właściciel: VANESSA FAREWELL."
- Śpij i śnij o nas.. - wyszeptałam bardzo cicho ostatni raz całując go w czoło i przeczesując delikatnie jego włosy. Poczekałam aż zaśnie, a gdy byłam pewna, że nie obudzi się już przynajmniej przed południem, dopisałam mu na przedramieniu notatkę "Lot nr 52771 do LA z godziny 14:10", po czym wyszłam zamykając cicho za sobą drzwi i wróciłam do swojego pokoju.
Opuściłam hotel cztery godziny przed wylotem z Londynu, chciałam jeszcze kupić jakieś pamiątki dla znajomych i szefowej za jej wyrozumiałość.
Uśmiechnęłam się na myśl, że Jared obudzi się z ogromnym kacem i "wiadomościami" zostawionymi ode mnie.. search me and destroy cuz you know that I love you.
Nalał do kieliszków szampana, a ja wciąż czułam się zmieszana.
Przyglądał się bardzo uporczywie bąbelkom szampana, po czym delektował się jego smakiem.
- Ja-... przepraszam. Nic nie mogę na to poradzić. - szepnęłam, a on znów obdarzył mnie lodowatym spojrzeniem, aż przeszły mnie ciarki po plecach. - Wiem.. że ostrzegałeś mnie przed nim, ale-...
- Widziałem plotki w internecie, ale cały czas, łudziłem się, że to nie Ty. - odpowiedział i westchnął ciężko, najwidoczniej bardzo rozczarowany.
Podciągnął rękawy marynarki aż do łokci, którymi oparł się na blacie stolika, splótł palce dłoni i obserwował mnie uważnie. - Miałem przeczucie, że znajdą Cię i zniszczą. Tak bardzo przypominasz charakterem matkę.. ale jesteś zdecydowanie piękniejsza od niej.
- Eric. - szepnęłam nie do końca wiedząc, co mam mówić. - Wiesz.. bo ja-... odnoszę wrażenie, że łączy mnie z nim.. jakaś.. więź. Bardzo silna więź. - powiedziałam czując siłę zwątpienia we wszystko to, co wydawało mi się dobre, i to sprawiało, że chciałam się ukryć, gdzieś pod ziemią przed całym tym, otaczającym mnie światem. - Coś przyciąga mnie do niego.. daje poczucie bezpieczeństwa i-.. tak naprawdę, to nie potrafię tego wytłumaczyć.. - bąknęłam pod nosem spuszczając wzrok na moje dłonie.
- Vanessa. Powiem Ci tak. - powiedział zdecydowanie łagodniej, z otuchą i delikatniejszym spojrzeniem. - Jeśli kiedykolwiek.. poczujesz się przy nim zagrożona lub zrani Cię czymkolwiek w jakikolwiek sposób.. wsiadaj w pierwszy samolot do Londynu bez żadnego zastanowienia. - dodał z dumnym uśmiechem. Nie potrafił się na mnie gniewać. - Zawsze będziesz u mnie mile widziana.. i zawsze Cię przygarnę. - dodał z uśmiechem ujmując delikatnie moją dłoń i całując lekko jej wierzch.
Patrzył mi prosto w oczy, bez jakiegokolwiek zażenowania i nawet nie mrugnął wyznając mi bezgraniczną miłość i oddanie - co wydawało mi się odrobinę zabawne, słysząc to z ust mężczyzny, który jest moim bratem i miał wiele kochanek.
Wyszliśmy z restauracji pod rękę z moim bratem i po złapaniu taksówki pojechaliśmy pod London Eye. Po dość długim oczekiwaniu - jak to mój brat powiedział "jak zwykle w chuj długiej kolejce" - znaleźliśmy się w kapsule - dzięki znajomościom brata - tylko we dwoje podziwiając panoramę miasta. Niezwykle magiczną.
Ciepłe promienie zachodzącego słońca padały na moją twarz, delikatnie oślepiając i uniemożliwiając patrzenie daleko na horyzont.
- Nie myśl tyle o nim. - szepnął podpierając policzek na dłoni. - Niech on martwi się o Ciebie, a nie Ty o niego. On sobie poradzi. - dodał przyglądając się mojej twarzy.
- Jakiego koloru są moje oczy? - spytałam z delikatnym uśmiechem, a Eric nachylił się w moją stronę, bardzo blisko mojej twarzy.
- Zakochanej, młodszej siostry. - odpowiedział z uśmiechem przyglądając się moim tęczówkom, na co ja wywróciłam teatralnie oczami. - Zielono-złote. - szepnął znów wracając na swoje miejsce z widocznym zadumaniem.
- Co? - spytałam, a on wzruszył ramionami.
- Nic. Tak tylko myślę sobie, że nigdy nie będę miał z nim szans. - odpowiedział całkiem na poważnie, a ja uśmiechnęłam się.
- Ani on, nigdy nie będzie miał szans z Tobą. Nigdy nie zastąpi mi tak cudownego, starszego brata. - Eric nie odpowiedział na to już nic, tylko odwrócił głowę w stronę okna i uśmiechał się szeroko.
Minęło już ponad dwa tygodnie odkąd przyleciałam do Londynu, a nie rozmawiałam z braćmi Leto od czasu wyjścia z ich mieszkania.
Dziwne. Pomyślałam spacerując tymi spokojniejszymi uliczkami Londynu, jeżeli w ogóle można tak nazwać jakieś ulice w tym mieście.
Jak kot, chodziłam własnymi drogami w nowo poznanym mieście. Nie wdawałam się w rozmowy, przemykałam się między ludźmi prawie bezszelestnie, i gdyby nie blond kolor włosów, który o dziwo przyciągał wzrok przechodniów - szczególnie tych obcokrajowców - to byłabym niewidzialna.
- Szlag.. - syknęłam pod nosem rozpoznając Jareda w tłumie idącym na wprost mnie.
To już przyszła pora na Londyn? Nie.. przecież jeszcze nie skończyli pracy nad nowym albumem. Rozważałam w głowie. Założyłam okulary przeciwsłoneczne i odwróciłam wzrok w stronę wystaw sklepowych, a w kierunku przeciwnym do Leto.
Jak na nieszczęście, ktoś trącił Jareda tak, że popchnął go w moją stronę i uderzył ramieniem w moje ramię.
- Bardzo przepraszam. - powiedział , a ja zakryłam oczy tak, jakby raziło mnie słońce.
- Alles gut. - odpowiedziałam po niemiecku trochę zmienionym głosem, by mnie nie rozpoznał i natychmiast ruszyłam na przód, zostawiając zdezorientowanego Leto za mną.
Przeszłam zaledwie kilka metrów, gdy ktoś krzyknął moje imię zdesperowanym tonem.
- Vanessa?! - to był Jared, na 200%. Nie odwróciłam się, a wręcz przeciwnie, jedynie przyśpieszyłam kroku. Oh, jakież było moje przerażenie, gdy odwróciłam się i zobaczyłam, że on biegnie za mną! Zaczęłam biec i miałam o tyle przewagę, że znałam kilka "zakamarków" w tej dzielnicy. Ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął w swoją stronę i po chwili zasłaniając mi usta drugą dłonią uniemożliwiając mówienie.
- Shhh... - wyszeptał do mojego ucha i z ukrycia obserwowaliśmy. Przez chwilę myślałam, że to jakiś porywacz lub gwałciciel, lecz odrzuciłam tę myśl, gdy puścił mnie i wskazał dyskretnie na Jareda.
- Nie sądziłam, że przyleci za mną aż tutaj.. - mruknęłam cicho, obserwując z moim "wybawcą" lekko zdyszanego Jareda, który pytał przechodniów o blondynkę mojego wzrostu. Spojrzałam na mojego wybawcę po raz pierwszy.. okazał się być.. 17-letnim dzieciakiem, przefarbowanym na blond, lecz o pięknych, ciemno-brązowych oczach. - Dzięki. - dodałam uśmiechając się do niego.
- Nie ma za co. - odpowiedział beztrosko i wzruszył ramionami. - A tak w ogóle to kim on jest? - spytał, gdy ja znów utkwiłam swój wzrok w Jaredzie.
Westchnęłam ciężko. Czyżby go nie znał?
- Aktorem, wokalistą znanego na całym świecie amerykańskiego rockowego zespołu, reżyserem filmowym... - wymieniałam po kolei wszystko, a chłopak zaśmiał się cicho.
- Ale kim on jest dla Ciebie? - spytał tym razem precyzyjnie. Oparłam się plecami o mur i spojrzałam na chłopaka zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Jesteś Brytyjczykiem. - bardziej stwierdziłam niż spytałam - Jak się nazywasz?
- Elyar. - odpowiedział - Nie zmieniaj tematu. - obruszył się po chwili, a ja zaśmiałam się.
- On jest.. hm.. no właśnie. Kim on dla mnie jest.. - mruczałam pod nosem. - Nie wiem. - stwierdziłam po chwili. Zastanawiając się nad głębszym sensem słów odpowiadających na pytanie "kim on dla mnie jest?". Wiele myśli kotłowało się w mojej głowie. - Kimś. Jest dla mnie KIMŚ. - dodałam po kolejnej chwili namysłu, a gdy straciłam Jareda z oczu i przez dłuższą chwilę nie pojawiał się w polu widzenia - pocałowałam Elyara w policzek i odchodząc puściłam do niego perskie oko. - Dzięki za pomoc.
- Cze-...
- Reszty nie trzeba. - rzuciłam krótko przez ramię i roześmiałam się.
Złapałam taksówkę, by wrócić do mieszkania brata.
Pomyślałam, że muszę zmienić pracę, znaleźć sobie nowe mieszkanie i miejsca, które zazwyczaj odwiedzam w LA.
Ale.. przecież tak bardzo kocham te miejsca.
Tak bardzo się do nich przywiązałam.
Dlaczego miałabym je zmieniać?
Może po prostu powinnam zakończyć tę relację z Jaredem? Wrócić do życia bez nich? Bez braci Leto.
Ah.. tak wiele sprzecznych myśli walczyło ze sobą w mojej głowie.
Tak bardzo chciało mi się płakać, bo tak bardzo czułam się niepewna i ... zagubiona.
Gapiłam się w okno, gdy w pewnym momencie zobaczyłam Leto na środku chodnika, zrezygnowanego i z miną biednego szczeniaczka. Jakby już zupełnie stracił nadzieję.
- O mój Boże.. - mruknęłam, a coś nieprzyjemnego ukłuło mnie w serce. Zdziwienie wpełzło na twarz Leto, a ja jedynie podniosłam dłoń w jego kierunku z żalem ściskającym moje wnętrze.
Nie obejrzałam się.
Nie.
Nie chcę znowu zobaczyć tego wyrazu twarzy.. tak bardzo zabolał mnie przed chwilą ten obraz, że gdybym jeśli jeszcze raz go ujrzała.. moje serce pękło by na milion małych, kanciastych kawałeczków. - Tak.. niech Jared Leto zostanie daleko w tyle.. za mną.. w przeszłości. - wyszeptałam i poczułam jak z oczu łzy popłynęły mi po całej twarzy, a wokół krtani zaciskała się zimna obręcz uniemożliwiająca mówienie i w pewnym stopniu oddychanie.
- Krokodyle łzy. - szepnął starszy pan kierowca, gdy ocierałam twarz z potoku łez. - Na złamane serce dobra jest nowa miłość. - dodał spoglądając na mnie co chwilę przez lusterko wsteczne, a ja pokręciłam przecząco głową.
Nie! Nie chcę nikogo innego. Krzyczałam w myślach.
- Jak pan uważa? Czy zostawienie za sobą wszystkiego.. co dobre i co złe.. oraz rozpoczęcie wszystkiego od nowa.. jest lepsze od bolesnej i trudnej teraźniejszości? - mężczyzna wzruszył ramionami obserwując mnie zielonymi oczyma.
- Zmiany są dobre, ale czasem trochę goryczy z życia też należy spróbować. - odpowiedział spokojnym głosem kierowca, a łzy przestały płynąć z moich oczu. Jego słowa zadziałały na mnie jak czarodziejska różdżka. Wszystko stało się nagle takie jasne i zrozumiałe. Oczywiste.
- Ma pan rację. - stwierdziłam, a gdy zatrzymał się pod mieszkaniem brata i wysiadłam z taksówki dałam mu sowity napiwek. - Dziękuję. - dodałam i po chwili weszłam do mieszkania. Nie było w nim Erica, pewnie znowu załatwia jakieś sprawy na mieście.
Weszłam na internet i zabukowałam bilet lotniczy na następny dzień, na popołudnie do Los Angeles.
Mimo, że Jared był tutaj.. to chciałam natychmiast wrócić do siebie. Do domu. Do mojego mieszkania - mojej twierdzy.
Kończyłam się pakować, gdy do mieszkania wszedł mój brat rozmawiając z jakimś mężczyzną.
Mieli bardzo dobre nastroje.
- Ooo.. widzę, że mój kot wrócił do domu z manewrów. - powiedział wesoło Eric, zapukał, i gdy zajrzał do pokoju, który zajmowałam, jego cudowny uśmiech zszedł mu z twarzy. - Co Ty robisz? ... wyjeżdżasz? - spytał tak, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie.
- On.. mnie szuka. Jest tu, w Londynie. - szepnęłam bawiąc się pierścionkiem na palcu, a łzy zaczęły napływać mi do oczu. - Widziałam go. - załamał mi się głos i pierwsze łzy popłynęły mi wzdłuż twarzy.
- Vanessa.. - powiedział Eric z brakiem zrozumienia wyrażającej się w jego mimice twarzy i barwie głosu.
- Gdybyś tylko widział jego wyraz twarzy! - powiedziałam zrozpaczonym głosem, a na wspomnienie tego obrazu, moje wnętrze znów ścisnął ogromny żal. - On szukał mnie po całym Londynie, Eric. - dodałam wstając i podchodząc do mojego brata z wyciągniętymi rękoma. Przytuliłam się do niego. - Ja.. nie.. MY nie potrafimy bez siebie żyć, Eric. Zrozum to. Proszę Cię.. - ostatnie dwa słowa wypowiedziałam wręcz błagalnym głosem.
Mocno zacisnęłam dłonie na jego koszulce, a on pogładził mnie po głowie.
- Próbuję to zrozumieć, lecz nie potrafię. - powiedział, a ja wstrzymałam oddech z przerażenia. - Inny mężczyzna chce odebrać mi moją małą Vanessę.. Jak mogę to zrozumieć, czy też zgodzić się na to? Zaakceptować? - spytał. Czułam, że jest bardzo spięty z nerwów.
Poklepałam go po ramieniu z delikatnym uśmiechem mając nadzieję, że on tylko żartuje.. że po prostu droczy się ze mną.
- Będzie dobrze. On mnie nigdy nie skrzywdzi. - zapewniałam go wciąż się uśmiechając, lecz on nie chciał tego słuchać. Czułam to.
On nigdy się nie zgodzi.
Nigdy tego nie zaakceptuje.
- Vanessa, to Ty nie rozumiesz. - powiedział gładząc mnie kciukiem po policzku. Zmarszczyłam lekko brwi, a serce natychmiast się ochłodziło względem niego. - Nie mogę teraz pozwolić Ci zniknąć.. Znowu. Na kolejne długie lata.. - dodał, a uśmiech na mojej twarzy ustępował przerażeniu i złości.
- Eric. Ty chyba nie mówisz serio. - odpowiedziałam poważniejąc i oddalając się od niego na długość rąk.
- Van. Doskonale wiesz, że znam tę Twoją postawę i musisz wiedzieć, że.. Nie odpuszczę.
- "... Et tu Brute contra me?" - zacytowałam tak bardzo znane słowa Juliusza Cezara wypowiedziane po zdradzie jego najlepszego przyjaciela, Marka Brutusa "... i TY Brutusie przeciwko mnie?".. a gdy chciałam przejść obok Erica, on złapał mnie za rękę. Obdarzyłam go bardzo chłodnym i gniewnym spojrzeniem.
- Vanessa.. - powiedział już znacznie łagodniej.
- Zejdź mi z drogi. - warknęłam ostro. - i nie odstawiajmy jakichś głupich scen, gdy masz gościa. - dodałam i powędrowałam do kuchni nie obdarowując nawet najskromniejszym spojrzeniem gościa mojego brata.
Przeczekałam dłuższą chwilę, by ochłonąć ze złości, jaką wzbudził we mnie Eric i, by mój brat wciągnął się w rozmowę o nowych projektach ze swoim gościem, za zamkniętymi drzwiami od jego pokoju.
Przechodząc obok pokoju mojego brata, gdzie rozmowa trwała w najlepsze - weszłam do "swojego" pokoju, dokończyłam pakowanie się i zadzwoniłam po taksówkę.
Nie zamierzałam tu zostać na kolejną noc.
I właśnie, kiedy wychodziłam z torbą i biletem lotniczym w ręce - zahaczyłam o cholerny parasol stojący w przejściu.
- Van, wszystko w porządku-... - Eric wyjrzał zza drzwi i nie dokończył swojej wypowiedzi. Zamarł na moment. - Co Ty-...? Robisz? - spytał, gdy odstawiłam parasol na jego miejsce i poprawiłam torbę na ramieniu.
- Nie zostaję tu na noc. Jutro wyjeżdżam. - odpowiedziałam powstrzymując się od kąśliwego skomentowania jego wcześniejszego zachowania. - Wracam do Los Angeles. Odezwę się, gdy będę w domu. - rzuciłam przez ramię i wyszłam z jego mieszkania zamykając za sobą drzwi.
Wsiadłam do taksówki i podałam nazwę hotelu, w którym postanowiłam zatrzymać się na noc.
Nie opuszczałam dziś terenu należącego do hotelu w ogóle.
Nie miałam na nic ochoty - poza napiciem się czegoś mocniejszego.
Wieczorem, zeszłam do baru i to co zobaczyłam wcale mnie nie ucieszyło.. a bynajmniej w większej części sprawiało, że chciałam wymaszerować stamtąd i trzasnąć za sobą drzwiami - tak, żeby wszyscy obejrzeli się za mną.
Jared podpierał głowę na dłoniach, a łokcie o blat lady barmana, gdy po jego obydwu bokach siedziały dwie kobiety, hojnie obdarzone przez Boga i pocieszające mojego wokalistę.. czułam jak narasta we mnie złość, mimo że mieszała się z radością, że znowu go dziś widzę.
Jared Leto w tym samym hotelu co ja? Przypadek? Nie sądzę.
Podeszłam do nich od tyłu.
- Won, sępy. - syknęłam złowrogo obdarzając te kobiety morderczym spojrzeniem, a Jared natychmiast odwrócił się w moim kierunku i uniósł na mnie swój zdziwiony wzrok.
- Van? - spytał niepewnie i nie słuchając biadolenia tych sępów wstał, dość chwiejnie i bez pytania pocałował mnie mocno trzymając w swoich ramionach. - Boże.. Vanessa, to Ty. - powiedział odrywając się ode mnie i patrząc czułym spojrzeniem w moje oczy.
Uśmiechnęłam się delikatnie do niego, mimo że był pijany i śmierdział jakimś okropnym alkoholem, którego nienawidzę, a którego nazwy w tej chwili nie potrafiłam zidentyfikować to dotknęłam jego twarzy, a kilkudniowy zarost kuł mnie w opuszki palców. Objęłam jego szyję i dałam się tak po prostu miażdżyć jego ramionom.
- Tak. To ja. - szepnęłam w końcu gładząc go po głowie.
Brakowało mi jego.
Tak.
Tak bardzo mi go brakowało.
Objęłam jego szyję jeszcze mocniej całując go po skroni i policzku.
Niewątpliwie, zwracaliśmy na siebie uwagę innych klientów, ale to nie miało teraz większego znaczenia.
- Tęskniłem za Tobą. - wyszeptał bardzo cichutko, a ja poczułam, jak oblewa mnie fala gorąca, a oczy zachodzą łzami.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo ucieszyły mnie Twoje słowa. - szepnęłam odsuwając się na niewielką odległość od niego, położyłam dłonie na jego twarzy i pocałowałam czule w usta.
Tak bardzo brakowało mi jego ciała, jego ust, jego pocałunków, jego oddechu, jego ciepła, jego głosu, jego spojrzeń i.. po prostu, jego. Jego obecności. - Jeśli tak często będziesz upijać się, zniszczy Ci to Twoją dość dobrą reputację.. - powiedziałam na wesoło i złączyłam swoje czoło z jego.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy.
- Pieprzyć dobrą reputację. - zawołał trochę głośniej, więc pomogłam mu usiąść znów na krześle przy barze i nie puszczając jego dłoni usiadłam obok.
- Whisky z lodem. - powiedziałam do barmana, a dłoń Jareda z mojego kolana przesunęła się wyżej w stronę uda. Przeszły mnie dreszcze po plecach, a J zagryzł dolną wargę ust i nachylił się do mojego ucha szepcząc nieskromne propozycje. - Później. - odpowiedziałam patrząc mu prosto w oczy, na co on ujął moją dłoń i pocałował jej wierzch.
- Trzymam za słowo. - powiedział uśmiechając się tak błogo, że kolana same miękły. - Nie zostawiaj mnie samego już nigdy więcej, skazanego tylko na siebie. Mam dość samotności. - dodał, a jego słowa wywołały u mnie falę ogromnego wzruszenia i zarazem zdziwienia.
Zastanawiałam się, czy zawsze tak reagowałam na jego słowa? Dotyk? Spojrzenia?
... oh, nie. Ta rozłąka zdecydowanie bardzo dużo wniosła w moje życie.. a raczej, bardzo dużo pozwoliła mi dostrzec.
- Nie zostawię. - zapewniłam go i po dopiciu mojej whisky postanowiłam odprowadzić Jareda do jego pokoju, lecz on nalegał na chociaż jeden taniec. Znów, gdy zabrzmiała piosenka, on poprosił mnie do tańca, tak jak podczas naszego pierwszego spotkania.
Wtedy też był pijany. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie.
- Zostań ze mną. - powiedział lądując miękko na łóżku, nietrzeźwy. Westchnęłam ciężko i zaczęłam rozpinać mu koszulę, co spotkało się z jego ogromną aprobatą.
- Przecież obiecałam Ci już, że zostanę. - odpowiedziałam na wcześniejszą prośbę i usiadłam na krawędzi łóżka podpierając się dłonią przy jego boku. - Poza tym, nie powinieneś spać w ubraniach. Sam mi to powtarzałeś. - dodałam po rozebraniu go do bielizny i przykryciu pościelą. - Dzisiaj możesz zrobić sobie "dzień dziecka" i nie wykąpać się teraz.. bałabym się, że utopiłbyś się w wannie, albo pośliznął i uderzył w głowę.. ale jak wstaniesz to masz wziąć prysznic i wyszczotkować porządnie zęby! Śmierdzi od Ciebie alkoholem.. - nakazałam mu jak mama, a on uśmiechnął się przyjaźnie.
- Van.. - szepnął dotykając palcami mojego policzka.
- Dobranoc. - szepnęłam na "dobranoc" z delikatnym uśmiechem i pocałowałam jego gorące usta, a następnie skroń.
- Nie zasnę, jeśli odejdziesz. Zostań ze mną. - powiedział upierając się przy tym jak małe dziecko, choć widziałam jak powieki oczu same zamykają mu się ze zmęczenia. - Boję się, że to wszystko.. jest tylko snem. - szepnął zakrywając twarz ręką, którą po chwili ułożył na czole.
- Posłuchaj, Jared.. to nie jest sen. - szepnęłam lekko rozbawiona tym, jaki jest uroczy, gdy jest pod wpływem alkoholu. Zdjęłam rękę z jego czoła i przeczesałam dłonią jego włosy. Pocałowałam w czoło. - Jestem tu na prawdę.
- Daj mi jakiś dowód. - szepnął sennym głosem, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Znalazłam w jego rzeczach marker niezmywalny i po zrobieniu soczystej malinki (której towarzyszyły nieprzyzwoite odgłosy Jareda) na jego lewej piersi, w miejscu gdzie znajdowało się serce - podpisałam "Właściciel: VANESSA FAREWELL."
- Śpij i śnij o nas.. - wyszeptałam bardzo cicho ostatni raz całując go w czoło i przeczesując delikatnie jego włosy. Poczekałam aż zaśnie, a gdy byłam pewna, że nie obudzi się już przynajmniej przed południem, dopisałam mu na przedramieniu notatkę "Lot nr 52771 do LA z godziny 14:10", po czym wyszłam zamykając cicho za sobą drzwi i wróciłam do swojego pokoju.
Opuściłam hotel cztery godziny przed wylotem z Londynu, chciałam jeszcze kupić jakieś pamiątki dla znajomych i szefowej za jej wyrozumiałość.
Uśmiechnęłam się na myśl, że Jared obudzi się z ogromnym kacem i "wiadomościami" zostawionymi ode mnie.. search me and destroy cuz you know that I love you.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)